Western to jeden z najbardziej wyjątkowych gatunków filmowych. Ten stan rzeczy to pochodna kilku cech. Po pierwsze, ma niezwykle charakterystyczną ikonografię. Po drugie, jest to gatunek w pewnym sensie restrykcyjny. Od razu narzuca ogólny czas i miejsce akcji (XIX wiek, Stany Zjednoczone) oraz archetypiczne wzory postaci, co poskutkowało wytworzeniem się silnych schematów, szczególnie widocznych w starszych, klasycznych produkcjach. Po trzecie, jest to jedyny gatunek „narodowy”, wyrosły prosto z historii Stanów Zjednoczonych.
Można by więc pomyśleć, że Amerykanie mają monopol na tworzenie westernów. A jednak z czasem na gatunek połasili się Europejczycy, konkretnie Włosi, i to właśnie oni wznieśli go na najwyższy artystyczny poziom. Zdumiewające, że udało im się okiełznać gatunek nijak nie przystający do historycznych realiów Starego Kontynentu.
Jednakże western już od początku swojego istnienia był silnie uschematyzowany. Włosi nie tylko doskonale rozumieli jego konwencje, ale też potrafili przetworzyć je po swojemu. I choć miejscem akcji ich filmów wciąż były Stany, to sposób opowiadania historii, kreacji postaci i rozwiązania fabularne były już całkiem nieamerykańskie. Słowem, klasyczny western był schematyczny i mitotwórczy; western włoski schematy łamał, a mity obalał. Bohaterowie jednoznacznie dobrzy i jednoznacznie źli ustępowali miejsca bohaterom niejednoznacznym, złożonym i tajemniczym, często o niejasnych intencjach. Przemoc stawała się obrazowa i dosadna, a dobro nie zawsze zwyciężało.
Najtrwalej w historii spaghetti westernu (bo taką nie do końca poważną nazwą zwykło się ten nurt określać) zapisał się rzecz jasna Sergio Leone (Pewnego razu na Dzikim Zachodzie, Dobry, zły i brzydki, Za garść dolarów). Jego epickie dzieła stanowią dziś wzorcowe przykłady całego gatunku. Jednak w jego cieniu chowa się dugi Sergio – Sergio Corbucci. Jest to reżyser ważny, choć nie równie wybitny. Jego twórczość, naznaczona co prawda piętnem kina klasy B i przez to niepozbawiona mankamentów, stoi jednak na wystarczającym poziomie artystycznym, by zapewnić mu trwałe miejsce w historii zarówno spaghetti westernu, jak i westernu w ogóle.
Najgłośniejszym dziełem Corbucciego pozostaje Django z roku 1966, co osobiście nie bardzo rozumiem. Owszem, to dobry film, z paroma wybitnymi scenami i świetną muzyką, jednak w wielu miejscach trąci pulpą i bywa, mówiąc wprost, żenujący. Podobnych wad pozbawiony jest za to jego późniejszy film – zrealizowany w 1968 Człowiek zwany Ciszą.
Tu już na samym początku zostaje przełamana konwencja, a to za sprawą nietypowej scenerii – zamiast rozległych pustyń, będących częścią ikonografii gatunku, mamy oślepiający ocean śniegu. Przez bezlitosne zamiecie i wielkie zaspy przedziera się Silenzio (Jean-Louis Trintignant), zwany tak, gdyż „pozostawia za sobą jedynie ciszę śmierci”. Jest to wyjęty spod prawa obrońca uciśnionych, niemniej biorący za tę ochronę sowite zapłaty. Niebawem przyjdzie mu zmierzyć się z bandą chciwych łowców głów pod przywództwem okrutnego Tigrero (Klaus Kinski), czyhającą na ukrywających się w lasach zbiegów, którzy oczekują amnestii. Jednocześnie na drodze głównego bohatera stanie coś równie niebezpiecznego – miłość.
Zacznę od banału – ten film jest doskonale zagrany. Trintignant i Kinski to śmietanka dwudziestowiecznego kina, nic więc dziwnego, że ich role to jedna z głównych sił Człowieka… Nie ma tu aktorskiego szarżowania, styl gry jest raczej zachowawczy, a przez to niejednoznaczny i niepokojący. I choć film słynie z brutalności, to nie strzelaniny i bijatyki dostarczają widzowi największego emocjonalnego dreszczu, lecz długie, wrogie spojrzenia, jakimi mierzą się nawzajem Silenzio i Tigrero.
Sama opowieść jest również świetnie prowadzona. Corbucci wspiął się na reżyserskie wyżyny – wykreował wciągający konflikt, który, niczym w antycznej tragedii, wiedzie do miażdżącego finału. I to właśnie ze względu na ów finał uważam Człowieka… za dzieło genialne. Maestria budowania napięcia, mającego na celu zwieść widza i w końcu zaserwować mu zakończenie drastycznie rozbieżne z jego oczekiwaniami i przyzwyczajeniami. Obserwujemy bowiem całkowity triumf zła, zła przyziemnego, wynikającego z żądzy pieniądza. Przedostatnie ujęcie przedstawiające twarz Tigrero odbitą w rozbitej szybie, zostaje z widzem na zawsze.
Film ten byłby jednak zupełnie inny, gdyby nie Ennio Morricone i jego genialna muzyka. Scenom całkiem przyziemnym nadaje ona melancholijnej podniosłości, w innych zaś współtworzy suspens wręcz trudny do zniesienia. Motyw główny, towarzyszący chociażby jednej z początkowych scen, ukazującej Sileznio przedzierającego się na koniu przez śnieżne zaspy, towarzyszy mi każdego dnia, od chwili, gdy pierwszy raz go usłyszałem. Co tu dużo mówić, Morricone jest prawdziwą ikoną i do dziś stanowi niedościgniony wzór dla kompozytorów filmowych. Ubolewam tylko, że ścieżka dźwiękowa do Człowieka… pozostaje nieco w cieniu innych jego dokonań, a przecież w niczym nie ustępuje największym arcydziełom, nawet kultowej muzyce do filmu Dobry, zły i brzydki.
Na poziomie bardziej analitycznym urzeka w dziele Corbucciego pomysłowa dekonstrukcja westernowego schematu bohatera. Z początku Silenzio jest wręcz archetypem – samotny rewolwerowiec, który dobywa broni w ułamku sekundy i w pojedynkę rozprawia się z hordami przestępców. Nadczłowiek, chciałoby się rzec. Jednak w miarę trwania filmu obserwujemy jego stopniowy upadek ze sfery wręcz mitologicznej, do czysto ludzkiej, a więc śmiertelnej i słabej. A gdy owo uczłowieczenie staje się przyczyną przegranej, trudno nie odczuwać dojmującej goryczy. Przesłanie Corbucciego zdaje się nieco nihilistyczne – w okrutnym świecie człowieczeństwo i miłość przynieść mogą co najwyżej śmierć.
Paweł Paryż