Kawiarniane powiastki: Cyngwajs

Jak to jest cofnąć się w czasie? Pojawiała mi się taka myśl, gdy szereg różnych pytań mimowolnie nasunął się w przeciągu chwili. 

Chwytając wspomnienia z poprzedniego roku, przypominam sobie spacer po lubelskich ulicach, lecz inną trasą niż zazwyczaj. Dalej znajdowałam się w centralnej części stolicy województwa, ale nie były to jego turystyczne strony. Jeśli ktoś nie posiadał tam swoich interesów, najprawdopodobniej nie pojawiał się na tamtejszych drogach. To interesujące, ponieważ wystarczyły zaledwie minuty, aby znaleźć się przy Bramie Krakowskiej, czy deptaku. Tamtego razu potrzebowałam oddalić się od tłumów przyjezdnych i właśnie wtedy minęłam skrzyżowanie ulicy Szewskiej i Staszica. Na rogu znajdującej się tam różowej kamienicy, istniał lokal, który wzbudził moją ciekawość. Na schodkach ciągnął się wielki, stary dywan, dostrzegłam też kilka doniczkowych kwiatów. Ozdobne zasłony w środku pomieszczenia zakrywały tę tajemnicę. Co tam jest? Jak mogę się tam dostać? Te pytania nurtowały mnie przez długi czas od chwili, gdy z każdą próbą otworzenia szklanych drzwi zatrzymywała mnie kartka z informacją o chwilowym zamknięciu.

Na jakiś czas odbiegłam myślami od zaglądania do tamtych zakątków. Życie toczyło się dalej, a sekretne miejsce nadal było mi nieznane. Jednak po upływie kilku miesięcy nogi same zaprowadziły mnie właśnie tam. Wreszcie, zasłony pełniły funkcję jedynie ozdobną i byłam w stanie dostrzec jeszcze więcej zza szyby wejścia. Pociągnęłam za klamkę, a przed moimi oczami ukazały się odcienie ciepłego brązu i wielka, pradawna kasa fiskalna. Była przepiękna. Stary zegar, a także maszyna do pisania aż prosiły się o podziw. Zaś sala niezbyt duża, śmiem stwierdzić, że właściwie była niezwykle mała. Jedni by to pokochali, drudzy mogliby nie być tym zachwyceni. W końcu tak bliskie zetknięcie z osobami nam nieznanymi często może być niekomfortowym doświadczeniem. Lecz w tym miejscu miałam wrażenie, że wszystko było takie magiczne. W tle grały przedwojenne polskie utwory, a po całej przestrzeni unosił się zapach świeżo zmielonej kawy. Meble z wielu obiegów oraz wzornicze obicia na fotelach. Tam każdy stolik miał swój kubraczek w postaci wydzierganych serwetek. Stareńkie abażury lamp cieszyły moje oko. Przyjemność dla duszy, którą niosła za sobą biblioteczka i poukładana na niej dawna literatura. Dla fanatyków królewskich rozgrywek, leżące na stoliku szachy, mogły spełnić nawet takie pragnienia.

Za pierwszym razem miałam przyjemność być obsłużona przez niezwykle miłą i uśmiechniętą panią. Otrzymałam od niej pięknie oprawione menu oraz opisane w nim wyjaśnienie znaczenia nazwy lokalu. Cyngwajs. Mówi Wam to coś, cokolwiek? Jak podaje autor, cyngwajs oznacza coś na rogu, coś wystającego. Dokładnie tak, jak położenie tego miejsca. Uważam to za świetną grę słowną i pomysłowość właściciela. Nowa anegdota mnie ucieszyła, a z równie dużą radością pani baristka przyjęła moje zamówienie. Podając moje ulubione americano, postawiła też na moim stoliku miód. Dodała, że właśnie w taki sposób słodzi się u nich napoje. Choć preferuję goryczkę w kawie, uznałam to za wspaniały gest, ponieważ pierwszy raz spotkała mnie w kawiarni taka forma słodzenia. W tamtym momencie stoliki były zajęte przez jeszcze kilka innych osób. Uważam, że ci ludzie byli bardzo intrygujący. Dwie panie ubrane we flanelowe koszule i dzwony. Buty wyglądały na takie z górnej, włoskiej półki. Jedna z nich czytała gazetę, druga książkę. W chwili mojej celebracji życia, one już kończyły swoje spotkanie i nie miałam możliwości na dłuższy zachwyt. Prócz nich była jeszcze jedna klientka. Przy innym miejscu siedziała młoda kobieta, która wyglądała mi na studentkę. Ta przestrzeń niosła za sobą wymiany ciekawych rozmów i spojrzeń. Właśnie dlatego zachwycałam się tak bliskim kontaktem z przypadkowo napotkanymi tam istotami.

Dla mnie chwila, a w praktyce minęło sporo czasu. Z klientów zostałam sama i próbowałam czytać literaturę piękną, którą wzięłam ze sobą tamtego dnia. W tym samym momencie do środka wszedł starszy mężczyzna. Po konwersacji jego i miłej pani za barem, wywnioskowałam, że jest hydraulikiem. Włączył mnie w rozmowę i z dużym zamiłowaniem oprowadzał mnie po  historiach swojego życia. W pewnej chwili drzwi wejściowe otworzyły się na oścież. Do środka wszedł średniego wzrostu pan z brodą. Wnosił po kolei zgrzewki napojów i zapasy kawy. Uznałam, że jest bardzo charyzmatycznym dostawcą, ale jego obecność wydłużała się o kolejne kwadranse. Był bardzo uprzejmy dla wszystkich znajdujących się w pomieszczeniu. Brodaty okularnik w czapce okazał się być nie tylko właścicielem, ale też niesamowicie dużym pasjonatem historii. Byłam zachwycona ilością miłości w tych opowieściach, które zaprezentował. Uśmiech nie schodził mi z twarzy, ale niestety czas powoli mnie gonił. Z radością pożegnałam gospodarzy, a wychodząc usłyszałam miłe słowa na dobry dzień.

Od tamtej pory zaczęłam pojawiać się tam regularnie. Na samą myśl o odwiedzinach cała byłam w skowronkach. Każde kolejne spotkanie sprawiało, że Cyngwajs stał się moim drugim domem. Tam spędzałam możliwie jak najwięcej swoich wolnych dni. Uwielbiałam traktować to miejsce jako swój bezpieczny azyl. Zakątki, które są wypełnione dużą ilością rodzinności, sprawiają, że chcesz się w nie wtulić jak w kocyk. Tak mogłabym opisać uczucie komfortu, które otulało mnie podczas przesiadywania w tej kawiarni. W chwili przekroczenia progów drzwi witał i żegnał Cię uśmiech. Zawsze można było liczyć na miłą pogawędkę, a także pomoc w wyborze pozycji do swojego wymarzonego zamówienia. Każdy z pracowników tego miejsca miał w sobie coś, co zapadło mi w pamięć. Nie wiem, czy wynikało to z moich częstych odwiedzin, czy krył się za tym inny czynnik. Jednak miałam wrażenie jakby każda z tych osób niesamowicie pasowała swoim wyglądem i charyzmą do aury tej kafejki. Częstowali wyrobami cukierniczymi, które nawiązywały do kultury żydowskiej. Wszelakie babki, ciasta piernikowe ze śliwką, tudzież inne pyszności. Te pięknie zachowane niuanse bardzo trafnie tworzyły autentyczność przestrzeni. 

Gdy już mówimy o takim poczuciu. Stosowana tam alternatywna metoda parzenia kawy była inna od wszystkich, z którymi miałam do czynienia. Ten sposób miał swoje początki już w XIX wieku. Ciekawość tego doświadczenia była równa eksperymentowi na lekcji chemii. Nawet widząc to tak często, zawsze mnie to zachwycało tak samo. Syfon składał się z kilku elementów. Z dolnego, a także górnego kielicha, natomiast w środku był umieszczany metalowy filtr. Sam proces polegał na magii prawa fizyki. Do dolnej części wlewano ciecz, a następnie płomieniem podgrzewano szkło od spodu. Dzięki temu woda podnosiła się i gotowała w górnej kopule razem ze zmieloną kawą. Intensywność zależała od długości czasu jej parzenia. W chwili uzyskania idealnego smaku, ogień gaszono i przefiltrowany napój spływał do dolnego kielicha nie pozostawiając fusów. Jako ciekawostkę dodam, że w ten sposób podgrzewano także grzańce oraz napary. Moją ulubioną formą była jednak pyszna kawa przelewowa o delikatnym, herbacianym aromacie. Tutaj też stosowałam swój ulubiony dodatek w postaci cynamonu. Oferta zapewniała szeroką gamę ziaren z jasnego oraz ciemnego palenia. Wiele różnic smakowych, dzięki czemu każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Pamiętam, że moją ulubioną kawą była ta o nazwie “Bang Bang”. W smaku była gorzka i korzenna, o niskiej kwasowości. W pewnym momencie czułam się jak pracownik tego miejsca i znając możliwe walory smakowe, pomagałam niezdecydowanym klientom. Te interakcje wspominam bardzo miło. Trochę opowiedziałam o kawie, którą tak bardzo uwielbiam. Dostając pozytywne komentarze odczuwałam niesamowitą dumę. Choć na kawie się znam, to historię miejsca najlepiej przedstawiał pan Krzysztof, ponieważ to właśnie on je stworzył. Uwielbiał wykładać w tym zakresie. Jego opowieści działały na człowieka hipnotyzująco. Zainteresowanie rosło z każdym słowem. Przejmowało mnie uczucie otulającego ciepła na sercu oraz wzruszenie spowodowanego zachwytem, gdy słyszałam o tych relacjach. 

Kartki z kalendarza w intensywnym tempie odrywały się bez końca. Powoli dźwięk dzwonków sań przejmował świat i grudzień śnieżycą Nas powitał. Cyngwajs idealnie wpasował się w ten świąteczny czas serwując grzane wino w towarzystwie lampek o wszystkich kolorach tęczy. W środku było tak ciepło i przytulnie, jak w domu przy kominku, chociaż tam go nie znalazłam. Dodając piękna mojej powieści z chęcią wspomnę o wydarzeniach, które pan Krzysiek współorganizował. Niesamowite jazzowe koncerty, a także jam sessions. Do tego miejsca trafiały bardzo utalentowane dusze artystyczne. Ja też miałam przyjemność z nim współpracować. Któregoś razu, gdy moja poezja w rozmowach przeplatała się ze sztuką bliskiej mi osoby, mała przestrzeń pozwoliła tamtejszym pracownikom usłyszeć możliwe, że całą konwersację. To by wytłumaczyło wiadomość od właściciela, którą otrzymałam kilka dni później. Dostałam propozycję utworzenia poetyckiego spotkania. Warto nadmienić, że często widywaliśmy się w celu omówienia pomysłów na kulturalne wydarzenia w Cyngwajsie. Ale nie spodziewałam się takiej możliwości. Wszystko mogło powstać na moich własnych zasadach. Dlatego taka idea była znaczącą cegiełką do mojego poetyckiego debiutu. Brodaty okularnik wspomniał, że koszta podzielimy na pół z faktu podwójnej promocji dla mnie i dla jego kawiarnii. To był bardzo szlachetny gest z jego strony. Wydarzenie było o charakterze otwartym. Styczniowy śnieg witał gości przed wejściem. Na miejscu czekał poczęstunek w formie sushi, a także zadbaliśmy o oprawę muzyczną. Moje marzenie spełnił pianista Stanisław Warchoł, który zaopiekował się o akompaniamentem i atmosferą wydarzenia. Goście byli ubrani odświętnie, tak jak prosiliśmy. Po słowach wstępu, przedstawiłam swoje wiersze, a melodie zagrane przez Stanisława dodawały dramaturgii lub spokoju w zależności od intencji tekstu. Zrobił to mistrzowsko. Grał na wyczucie, przez co sama nie wiedziałam czego się spodziewać. W trakcie recytowania wysyłaliśmy sobie kilka spojrzeń, które tworzyły niesamowitą nić porozumienia. Otrzymałam wiele wsparcia i miłych odczuć. Kilka rozmów, a także parę krótkich wywiadów. Mam wspaniałą pamiątkę w postaci zdjęć, które wykonała niezwykła fotografka z Ukrainy – Valeriia Rebedatska. Wtedy jej nie znałam, dziś jesteśmy dobrymi koleżankami. To kolejny przykład uroku tamtego miejsca oraz tego z jaką lekkością łączyło podobne do siebie dusze. 

Barwnie wspominam też letnie czasy, gdy w Cyngwajsie roiło się od wydarzeń muzycznych. Ciepło bijące od dworu, późne pory i improwizowany jazz. Ludzie, którzy w swojej swobodzie łączyli dużo tańca i przyśpiewek. Szczęściarze mieli szansę na zajęcie foteli ze słynnego, już nieistniejącego kina Kosmos. W czasie tych wieczorów wszyscy byli tak zjednoczeni, jakby znali się od urodzenia. Jam sessions cieszyły się niesamowitą popularnością, aż wszystkie pobliskie ulice były oblegane przez tłumy osób z niekwestionowanym gustem muzycznym. Dzięki takim okazjom miałam szansę odkryć świetnych artystów. I tak długimi tygodniami bawiliśmy się zawsze, aż do ciszy nocnej.

Dziś te drogi są owiane nostalgią. Pora wrócić na ziemię i otrzeć łzy, które napłynęły mi do oczu. Historia choć piękna, nie będzie mieć pozytywnego zakończenia. Straciliśmy perełkę miasta, której tutejsi nie docenili, lub nie odnaleźli. Właściciel o dobrym sercu i wspaniałej kreatywności musiał zrezygnować z prowadzenia Cyngwajsa i kilka miesięcy temu zamknął to magiczne miejsce, które pozwoliło mi na podróż w czasie. Dziś pan Krzysztof oferuje pokazy na imprezach okolicznościowych, by chociaż fragment tego świata był jeszcze do skosztowania. Lecz niestety z bólem serca piszę o tym, że w kawiarni się nie zobaczymy.

Czasem warto pójść inną ścieżką i samemu się przekonać o wyjątkowości tego, na co wcześniej byliśmy ślepi. 

Malwina Majsak