Listy do M., czyli saga świątecznych wzruszeń

Czy polska świąteczna komedia romantyczna z Tomaszem Karolakiem może być wybitnym filmem? Nie podejrzewam. Ale czy każda produkcja musi być wybitna? Może wystarczy, że będzie miła, otulająca, czasem wywołująca salwy śmiechu, a innym razem nawet łzy wzruszenia. Taka jest dla mnie nowa część Listów do M.Pożegnania i powroty.

Przede wszystkim i ponad wszystko – jestem fanką całej sagi Listów do M. Nigdy nie uważałam ich za wielkie dzieła kinematografii. Zawsze były dla mnie miłą zapowiedzią świątecznego okresu albo dodatkiem do samych świąt. Nigdy nie miałam wobec nich szczególnych oczekiwań – ot świąteczna komedia z popularnymi aktorami, przy której można się trochę pośmiać. Z takim podejściem poszłam też na najnowszą część. 

Tym, co przyciąga mnie do każdej kolejnej części “Listów…”, są powracające wątki znanych już widzom bohaterów. Niby oczywiste w serii filmów, ale tu szczególnie ważne – bo po sześciu częściach czuję, że znam niektóre postaci niemalże na wylot. Znam spokojnego Wojciecha, szalonego Mel, stale kłócących się ze sobą Karinę i Szczepana. Więc kiedy wchodzę na Wigilię do ich domów, czuję, że to będą kolejne rodzinne święta, których uchylą mi rąbka. W tym roku dla większości nie były proste. Chyba pierwszy raz poczułam, że niektóre wątki komplikują się trochę niepotrzebnie i że aż nazbyt odbiegają od rzeczywistości. Bo w końcu który Japończyk po przylocie do Polski przypadkowo spotyka faceta, który najpierw podaje się za jego krewnego, a potem okazuje się naprawdę nim być? No tak, może to po prostu ta konwencja świątecznych cudów. 

I właśnie te cudy była dla mnie w tym filmie najbardziej zawodzące. Jasne, wszystkie przygody, przytrafiające się głównym postaciom, nigdy nie zdarzyłyby się przeciętnemu człowiekowi. Ale do tej pory przynajmniej trzymały się realistycznej konwencji. Tym razem pojawiający się “duch” wprowadził mnie w stan wielkiego skonfundowania, co zdecydowanie rzuciło cień na mój odbiór rodziny Kostka. Cały ich wątek to było dla mnie… za dużo. Za dużo zbiegów okoliczności, fartownych zwrotów akcji, żeby na koniec rozwiązać zagadkę tego, co stało się z przewijającym się w różnych momentach filmu radiowcem Mikołajem. Czy to było potrzebne? Dla mnie na pewno było trudne do zrozumienia, kiedy przez cały seans próbowałam dojść, o co chodzi. 

Co w tym filmie było dla mnie prawdziwym pozytywem? Jak o tym myślę, widzę przed oczami trzy wątki. Najpierw weźmy tego nieszczęsnego Karolaka. Nieszczęsnego, bo “komedia romantyczna z Karolakiem” budziła we mnie do tej pory raczej neutralne, jeśli nie pejoratywne odczucia. Ale z każdymi “Listami…” lubię ekscentrycznego Mel coraz bardziej. Nie jest już taki, jakiego zapamiętałam go z pierwszej części, a “psia dupa” pojawia się nieco rzadziej niż co drugie zdanie. W “Pożegnaniach i powrotach” Mel okazuje się być wspaniałym szefem, a może raczej przyjacielem dla Grześka, którego stara się uchronić przed popełnieniem głupich błędów. Karolak i debiutujący w sadze Kirył Pietruczuk tworzą mój ulubiony duet bohaterów tej części. Postać grana przez Pietruczuka ma niesamowity charakter, który aktorsko został oddany znakomicie. Do “Listów…” pełnych najbardziej znanych, acz nieco już sztampowych, polskich aktorów wnosi świeżość, młodość. Choć lekką skazą na tym wątku jest dla mnie jego finał, który ponownie jest dla mnie zbyt… cudowny.

Karina i Szczepan to dla mnie pewnik. Pewnik kłótni, krzyków, złości, a na końcu Wigilii z uśmiechem na ustach. Włączenie w ich wątek całej społeczności sąsiedzkiej, potem (kolejna w ich historii) kolacja wigilijna poza domem. Co prawda tę część skradł poprzednio wspomniany duet, ale na Lisieckich zawsze można liczyć, zwłaszcza pod komediowym kątem. Począwszy od jednej z pierwszych scen z ich udziałem i krążącego już po internecie wierszyka od Lucka, czytanego przez Szczepana: “niech Mikołaj worem buja, a śnieżynka cmoknie w…”. Może w polskiej komedii i taki humor jest potrzebny. 

Na przeciwnym biegunie jest Wojciech. Wraca na święta do pustego domu i mało brakuje, by byłby było to jego ostatnie Boże Narodzenie. Wątek profesora tu też pełen jest cudownych zbiegów okoliczności, ale temu bohaterowi jestem w stanie to wybaczyć. Skradł moje serce już w pierwszej części i od tamtej pory jego postać jest dla mnie jedną z najlepiej wykreowanych, choć zwykle też tragicznych. Ta część jego losów kończy się tajemniczo, więc pozostaje mi liczyć, że to nie ostatnia część, w której mogłam zachwycać się jego dostojną postawą i decyzjami, które zwykle prowadzą go wcale nie tam, gdzie sam Wojciech by planował.

Ostatnie minuty filmu przykryły wszystkie obiekcje, które miałam wobec niektórych scen i realizacji poszczególnych wątków. Bo na sam koniec producenci pokazali to, co przyciąga mnie do coraz to kolejnych części tej trwającej od lat serii. To świąteczny klimat powoduje, że tak kocham “Listy…”. Chociaż czasem wątki komplikują się w sposób aż nazbyt absurdalny, a świąteczne cuda zastępują realizm, domowe ciepło i świąteczna atmosfera jest czymś, czego saga wciąż nie traci. Po obejrzeniu końcowych scen z rodzinnych (i nie tylko) Wigilii, którym towarzyszył śpiew kolęd; kiedy (prawie) wszystko wreszcie się ułożyło (chociaż u żadnego z bohaterów przebieg wigilijnego dnia jak zwykle na to nie wskazywał), sama zapragnęłam poczuć już świąteczny klimat. Albo chociaż razem z nimi zaśpiewać przy choince kolędę, obserwując padający za oknem śnieg.

I już czekam na kolejną część tej świątecznej przygody.

Aleksandra Kuzioła