Lora Webb Nichols: fotografka-protofeministka z Dzikiego Zachodu – rozmowa z Dominiką Prejdovą

Lora Webb Nichols urodziła się w 1883 w stutysięcznym miasteczku Boulder w stanie Colorado. Jeszcze gdy była kilkulatką, jej rodzina przeniosła się do Wyoming, gdzie osiadła w nowopowstałej niewielkiej osadzie Encampment. Tam Lora spędziła większość życia. Jeszcze w 1899 roku, gdy miała szesnaście lat, odkryła swoją wielką pasję, jaką była fotografia. Odtąd aparat był nieodłącznym towarzyszem każdego etapu jej życia. 

Fotografia była też dla Lory sposobem na zarobek. Prowadziła swoje fotograficzne atelier i ciemnię. Wykonywała zdjęcia na zlecenie, ale wywoływała też otrzymane filmy. Co ciekawsze negatywy zachowywała dla siebie, dokładnie opisując. Tworzyła w ten sposób ogromne wspólnotowe archiwum fotograficzne mieszkańców tamtych rejonów. Obróbką zdjęć zajęła się szczególnie mocno, gdy firma Eastman Kodak nie udzieliła jej licencji na wykonanie komercyjnych portretów. Choć fotografia była pracą i pasją Lory, nie była to jej jedyna aktywność. Starając się wyżywić szóstkę dzieci, parała się różnych zajęć. Pracowała na poczcie, w kuchni. Wydawała lokalną gazetę. Prowadziła własny lokal gastronomiczny. 

W 1935 roku Lora opuściła Encampment, zostawiła drugiego męża i wyjechała do Stockton w Kalifornii. Tam podjęła pracę w domu dziecka. Zaczynała jako kucharka, by z biegiem lat awansować i ostatecznie zostać dyrektorką placówki. 

Pod koniec życia Lora wróciła do Encampment. Po powrocie zaprzyjaźniła się blisko z dziewczyną z sąsiedztwa, Nancy Anderson. Lora i Nancy, mimo dzielących je wiekowo ponad pięciu dekad, odnalazły niezwykłą nić porozumienia. Gdy Lora zmarła, w 1962 roku, Nancy zajęła się jej fotograficzną kolekcją. To dzięki niej dziedzictwo Nichols, a kolekcja liczy przeszło 24 tys. kadrów, przetrwało do dziś i ujrzało światło dzienne.

zdjęcie Lory Webb Nichols, American Heritage Center

Fotografia Lory zyskała światowy rozgłos dopiero w 2020 roku, gdy kuratorka sztuki Nicole Jean Hill opublikowała album z wyborem zdjęć Nichols. Obrazy, jakie ujrzeć można w fotografiach Lory, to świadectwo Ameryki pierwszej połowy XX wieku. To zdjęcia ludzi, którzy mieszkali w Encampment, lub którzy przejeżdżali przez tę miejscowość w poszukiwaniu miedzi. Lora uchwyciła – po części nieświadomie – wyjątkowy, nieznany świat. Świat prawdziwego “dzikiego zachodu”.

6 listopada 2024 roku we wrocławskim BWA, przy okazji trwającego American Film Festival, otwarto wystawę zdjęć Lory Webb Nichols, “Chciałabym być żółtym psem”. Przyczynkiem do powstania ekspozycji było wyjątkowe spotkanie z żyjącą nadal w Encampment Nancy, jakiego doświadczyła współ-kuratorka wystawy, Dominika Prejdová. W 2022 roku pisarka odwiedziła Encampment i poznała Anderson. Kobiety połączyła przyjaźń, podobna do tej, która Nancy łączyła z Lorą. W tym sensie historia zatoczyła koło. Prejdová do miasteczka wracała jeszcze kilkukrotnie. W trakcie pobytów w Encampment przeczytała całe archiwum Lory – wszystkie pamiętniki, które pisała od trzynastego roku życia, aż do śmierci. Obecnie pracuje nad opracowaniem wyboru z pamiętników Nichols do publikacji.

O tym spotkaniu, o odkrywanej na nowo postaci Lory i o kulisach wystawy Dominika Prejdová opowiedziała w rozmowie z Maksem Wieczorskim. 

zdjęcie Lory Webb Nichols, American Heritage Center

31 października 2022 roku spotkała Pani Nancy Anderson. Jak to się stało, że trafiła Pani do Encampment? 

Nicole Jean Hill wydała w 2020 roku świetny album ze zdjęciami Lory Webb Nichols. To w nim po raz pierwszy zobaczyłam te fotografie. Zachwyciłam się nimi. Napisałam do Muzeum w Encampment. Znalazłam numer do Nancy Anderson i do niej zadzwoniłam. Tak wyszło, że wybierałam się właśnie na osiem miesięcy z rodziną do Stanów Zjednoczonych, więc dodałam do mojego planu podróży Wyoming. Po prostu tam pojechałam.

Czyli to nie było przypadkowe spotkanie, jak głosi opis wystawy?

Ten opis wynika z konceptu książki, którą przygotowuję. Ale nie, nie było całkiem przypadkowe. Pojechałam do Nancy. Byłam z nią umówiona. Natomiast to, co tam odkryłam było zupełnym zaskoczeniem.

Co ma Pani na myśli?

Nie wiedziałam, że Nancy nadal mieszka w domu Lory. Że pokój Lory jest taki sam, jak za jej życia. Że jest tam jej stół, bujane krzesło, obraz czy kominek. Nancy zmieniła parę rzeczy, ale charakter domu pozostał taki sam. Wielkim zaskoczeniem było też dla mnie, że w tej miejscowości, Encampment, jest nie tylko archiwum Lory, ale też małe lokalne muzeum. W zasadzie nie takie małe – zgromadziło wszystko – listy Lory, artefakty, jej książki, studio. To muzeum założyła zresztą synowa Lory.

A przecież Encampment to bardzo niewielka miejscowość. Liczy tylko czterysta pięćdziesiąt osób.

To jest w dodatku miasto w środku wielkiego pustkowia. Jedzie się tam kilometrami, nie widząc żadnego samochodu. Prędzej można zobaczyć jelenia czy łosia niż człowieka. Wyoming jest na tle innych stanów bardzo odizolowane. Rzadko przyjeżdżają tam turyści.

No właśnie. To taka Ameryka, której nie znamy. Prawdziwy dziki zachód, chociaż do tego klasycznego westernowego jest mu bardzo daleko krajobrazem.

Przez dziesięć miesięcy w roku pada tam śnieg. To bardzo ciężki klimat. A w samym Encampment nie ma nawet sklepu spożywczego… ale jest to muzeum. To dużo mówi o Ameryce i jej budowaniu tożsamości. Co więcej, to muzeum jest w większości budowane przez wolontariuszy. Anita Morris – która przyjechała nawet do Wrocławia i zrobiła ze mną oprowadzanie kuratorskie – jest już na emeryturze i dwa razy w tygodniu przychodzi do tego muzeum, za darmo w nim pomaga. To ona uporządkowała archiwum Lory. Zrobiła to w swoim wolnym czasie i  nie wzięła za to ani dolara. To samo Nancy, która całe to dziedzictwo ocaliła. Jest w tym jakaś taka wspólnotowość. Tak samo było z samą Lorą. Tę wspólnotowość widać na jej zdjęciach.

Lora też działała w tej wspólnocie?

Tak, była w niej bardzo aktywna.

Można powiedzieć, że była w centrum tej społeczności?

Dokładnie. Była w centrum. Prowadziła swoje fotograficzne studio. Uczyła w szkole niedzielnej. Pracowała na poczcie. Publikowała lokalną gazetę. A do tego była bardzo wyrazistą osobowością. Myślę, że była znana w tej wspólnocie. Kiedy opuściła pierwszego męża – a zrobiła to od początku do końca z własnej inicjatywy – to wcale nie spotkała jej stygmatyzacja.

A to bardzo nietypowe dla tamtego czasu.

O to chodzi! Świadczy to o tym, że była naprawdę wysoko ceniona. Że miała ogromny autorytet i wysoką pozycję.

W każdej społeczności najważniejsi są ludzie. I w przypadku Encampment tych właśnie ludzi fotografowała Lora. W zasadzie uchwyciła swoistego ducha tamtej Ameryki.

Też mi się tak wydaje i to właśnie jest najbardziej fascynujące. My, jako Europejczycy, tego do końca nie rozumiemy, ale te miasteczka były budowane kompletnie od zera. Wiadomo, że żyli tam rdzenni Amerykanie – o tym choćby świadczy jedno ze zdjęć Lory, na którym widać kowboja obok zwłok Indianina. Ale poza nimi tam naprawdę nikogo nie było. 

zdjęcie Lory Webb Nichols, American Heritage Center

Nie bez powodu tamtych ludzi nazywa się „pionierami”.

Wszystko budowali od początku. Łącznie z tą tożsamością – i stąd, znowu, to muzeum. Zresztą każda mała miejscowość ma tam muzeum. Do tych ośrodków okoliczne rodziny przynoszą rzeczy znalezione na strychach i w piwnicach. Jakiś lokalny historyk to opisuje, zachowuje. To są bardzo żywe muzea.

Tak samo żywa jest pamięć o Lorze współcześnie w Encampment?

Bardzo. Myślę, że są jeszcze ludzie, którzy ją bezpośrednio pamiętają. Nie tylko Nancy. Jest choćby sąsiad, który mieszka obok niej. Spotkałam go raz, gdy rąbał drewno. Opowiedział mi, że pamięta Lorę. Że była miłą, starszą panią, która przyjaźniła się z jego babcią, zawsze siedziała na werandzie i się uśmiechała. On był wtedy kilkuletnim chłopcem.

zdjęcie Lory Webb Nichols, American Heritage Center

Cofnijmy się do samego początku Lory. Skąd u niej w ogóle ta fotografia? Przecież przyszła na świat w 1883 roku. W jej młodości ta fotografia była rozpowszechniona, ale nie aż tak popularna. 

Pierwszy aparat dostała od swojego narzeczonego, górnika na szesnaste urodziny. Niedługo potem zresztą wyszła za niego za mąż. 

Ile miała lat?

Była siedemnastolatką. I nie trafiła zresztą dobrze. W tak małej społeczności nie miała zbyt dużego wyboru. Z pierwszym mężem rozstała się po dziesięciu latach. Kolejny był jej kuzynem. Musiała nawet pojechać z nim do Kolorado, żeby mogli wziąć ślub. Ale tak, pierwszy aparat dostała od pierwszego męża. Od razu ogromnie polubiła fotografię. Najpierw robiła zdjęcia rodziny i sąsiadów, pocztówki. Potem zauważyła, że może zrobić z tego biznes.

Pierwsze studio powstało w 1907 roku?

Oficjalne tak, ale już wcześniej trochę na tym zarabiała. Tą fotografią zaraziła też całą rodzinę. Nie tylko ona robiła zdjęcia, ale też jej mama i siostra, a potem wszystkie jej dzieci.

I wypożyczała też aparaty górnikom, którzy przyjeżdżali w poszukiwaniu miedzi – żeby mogli później przywieźć dla niej zdjęcia z wypraw.

Dokładnie. Sprzedawała też filmy i aparaty. Po prostu – prowadziła biznes.

I zawsze myślała o tym w kategoriach biznesowych? Nie miała poczucia, że coś dokumentuje; że tworzy coś większego?

Trochę tej świadomości na pewno miała. Pod koniec życia zaczęła spisywać początki tej miejscowości. Napisała za namową dzieci tekst „I remember”. Opisała w nim tę pierwszą pionierską podróż, jaką odbyła jako kilkulatka. Spisała dzieje rodzin, które tam były. Nie ma tam jakiegoś artystycznego „ja”, ale na pewno była jakaś chęć upamiętnienia, zachowania tych dziejów.

Czy Lora istniała jakoś w środowisku fotograficznym?

Nie, w tym sensie była na uboczu. W pamiętniku opisuje, jak raz do Encampment przyjechał fotograf ze stanu Nowy Jork, który miał sfotografować coś w kopalni miedzi – bo cały czas mówimy o okresie boomu na miedź, której w tamtym miejscu poszukiwano. Lora uczyła się od niego, jak dobierać oświetlenie, jak mieszać substancje wywołujące. Przez całe życie byli ze sobą w kontakcie. Pisali listy. Raz Lora dostała od niego jakąś książkę o fotografii. Niemniej to był jedyny taki przypadek. O jej dziełach tak naprawdę nie wiedziano poza Encampment za jej życia. A i nie od razu po śmierci rozprzestrzeniła się jej twórczość. Głośno zrobiło się o niej dopiero po świetnej książce Nicole Jean Hill. Napisał wtedy o Lorze New Yorker. Nicole zrobiła też wystawę jej zdjęć w Nowym Jorku. Ale to kwestia ostatnich lat, więc ta historia jest obecnie dopiero odkrywana.

zdjęcie Lory Webb Nichols, American Heritage Center

W jednym z wywiadów mówiła Pani o Lorze, jako o “protofeministce”. Już wiemy, że była kobietą przedsiębiorczą i niezależną – choćby w tym rozstaniu z pierwszym mężem. Ale to chyba dużo głębsza kwestia.

Lora miała wielkie dążenie do wspomnianej niezależności. Powtarzała, że chciałaby mieć „privacy, peace and living income” (prywatność, spokój i własny dochód). Zresztą to osiągnęła. Miała sześcioro dzieci, dużo prac – bo ta rodzina była w gruncie rzeczy bardzo biedna – a jednocześnie była w stanie zrobić to wszystko. Miała swoją godność. Proszę uwierzyć, że wszystkie domy, które kupowała, zapisywała wyłącznie na swoje nazwisko. To niespotykane w tamtych czasach w tak małych miejscowościach.

Musiała być bardzo odważna.

Była. Miała też duże wsparcie od rodziny – rodziców, siostry, brata. Z bratem całe życie wymieniała listy. Zachował się tylko jeden, z 1936 roku, gdy ów brat był w Berlinie. Pisze w nim do Lory o nazizmie. Widać, że prowadzili głębokie rozmowy. Lora była bardzo oczytana. Zresztą czytała choćby Marka Aureliusza. A była samoukiem. Jest dla mnie wzorem takiej self-made woman. Nancy też ma coś takiego w sobie. Ona co prawda już skończyła uniwersytet i była nauczycielką angielskiego, ale jest w niej taka otwartość na wiedzę, na nowości.

W kontekście tej kwestii kobiecej bardzo ciekawym wydaje mi się fakt, że ta społeczność Encampment była przez większość roku ściśle kobieca. Mężczyźni wyjeżdżali na długie miesiące w poszukiwaniu miedzi, kobiety zostawały w mieście. Może też stąd ich takie wzajemne wsparcie, ta kobieca siła.

Bardzo możliwe. Oczywiście niewiele osób w Encampment miało stałą pracę. Mężczyźni rzeczywiście wyjeżdżali tam, gdzie mogli zarobić. Czy to do wydobycia miedzi, czy do budowy dróg, kolei. Kobiety musiały trzymać się razem. Polegały na sobie. Lora miała całe życie bezwarunkowe wsparcie od mamy i siostry. Miała też dużo przyjaciółek. W jej pamiętniku zachował się opis tego, jak w pewną śnieżycę Lora na koniu wyruszyła do swojej przyjaciółki, która była chora i potrzebowała pomocy. A to nie była krótka podróż. Pojechała, ugotowała jej obiad i wróciła. Kobieca solidarność.

W 1935 roku Lora wyjechała z Encampment do Kalifornii. Co stało za tą decyzją?

Lora, jak już powiedzieliśmy, rozwiodła się z pierwszym mężem i związała z kuzynem. To też nie było udane małżeństwo. Od pewnego czasu żyli w separacji. Wizja wyjazdu była rodzajem ucieczki. W trzydziestym piątym zmarła mama Lory. To był dla niej cios. Bardzo za nią tęskniła. Popadła w depresję. Ponadto były lata trzydzieste, a więc wielki kryzys. Miała coraz większe długi. Musiała sprzedać gazetę. Do tego wszystkiego miała problem z sercem. Lekarz powiedział jej, że klimat Encampment nie sprzyja jej chorobie – w końcu miasteczko położone jest na wysokości 2200 metrów n.p.m. Ten tlen jest inny – to się czuje. Polecono jej pojechać nad morze. Biorąc to wszystko pod uwagę, zgodziła się na wyjazd.

W Encampment zostawiła dzieci?

Tak. Ale były już dość duże. Najmłodszy syn miał czternaście lat. Mógł już zostać z braćmi. A dla niej był to naprawdę jedyny ratunek. Tak pisała też w dziennikach. Była naprawdę wykończona życiem. Non-stop pracowała. W nocy wywoływała zdjęcia, w dzień pracowała, gotowała i zajmowała się dziećmi. Miała już dość.

Czym zajęła się w Kalifornii?

Pracowała najpierw jako pomoc domowa. Potem była kucharką w domu dziecka. Dzięki dobremu podejściu do dzieci, szybko zaczęła awansować. Ostatecznie została dyrektorką całego domu dziecka.

W tym czasie fotografowała?

Tak. Zawsze miała ze sobą aparat. Już w pierwszym liście po przyjeździe do Kalifornii, pisze rodzinie, że zrobi zdjęcia i wyśle, żeby mogli zobaczyć, jak tam jest. To była część jej osobowości, patrzenia na świat.

A w kwestii tego domu dziecka – ostatnio do Nancy odezwał się mężczyzna, który był tam podopiecznym Lory. Napisał, że pamięta ją bardzo dobrze, że miło ją wspomina. Nawet nie wiedział, że była wybitną fotografką.

To bardzo ważne, bo dom dziecka w latach trzydziestych budzi raczej jednoznacznie negatywne skojarzenia. 

W tym przypadku absolutnie tak nie było. Lora była bardzo ludzka. W ogóle nie karała, czy to własnych dzieci, czy tych w domu dziecka. Świetnie, po ludzku, rozwiązywała ich problemy. Była bardzo nowoczesna w tym podejściu.

Dlaczego Lora ostatecznie wróciła do Wyoming?

W tym domu dziecka przeszła na emeryturę. Przez jakiś czas jeszcze była w Kalifornii, ale ostatecznie wróciła – przede wszystkim, żeby być z synami Cliffem i Dickiem, którzy nie założyli rodzin. Mieli problemy z psychiką. Trzeba pamiętać, że byli dziećmi pary kuzynów. Już to była przyczyna pewnych przypadłości. Ich udział w II wojnie światowej i trauma wojenna tylko to spotęgowały. Lora musiała się nimi zaopiekować. Po powrocie zaczęła też wielką katalogizację negatywów. Zgromadziła rozsiane w międzyczasie zbiory i zaczęła je opisywać. Skatalogowała całą swoją kolekcję.

Pisała też dzienniki.

Tak. Robiła to przez całe życie. To też, jak robienie zdjęć, było częścią jej osobowości. Miała tyle roboty, a jednak znajdowała na to czas. Czasem pisze: „jest piąta rano, ale piszę”. Myślę, że było w tym coś autoterapeutycznego dla niej. Ostatni zapis jest z dnia jej śmierci.

Co napisała?

„I’m all relaxed and I’m going to sleep” (jestem spokojna, idę spać). I w tę noc zmarła. Te ostatnie zapiski są już bardzo niewyraźne. Anicie Morris udało się je rozczytać. Prawdopodobnie Lora była wtedy już po zawale. Nancy była przy niej, gdy umierała. Miała wyjątkowo spokojną śmierć. Powiedziała, „kocham was” i odeszła. Była przy niej Nancy, jej syn Bert i syn Dick. Spoczęła na pięknym cmentarzu Mountain View Cemetery. Trochę za miasteczkiem, na górce. Roztacza się stamtąd piękny widok na góry. Zresztą Lora za życia fotografowała ten cmentarz. To tam pochowana jest jej rodzina – matka, ojciec, siostra, drugi mąż.

zdjęcie Lory Webb Nichols, American Heritage Center

W którym  momencie życia Lory pojawiła się Nancy?

Rodzina Nancy i Lora byli sąsiadami. Przyjaźnili się i pomagali jej, gdy wróciła z Kaliforni. Nancy też. Bardzo dużo czasu spędzały razem. Wspólnie chodziły na pikniki, na ryby. Ta bliska przyjaźń trwała aż do śmierci Lory, te kilka lat.

Jak to możliwe, że tak dobrze dogadały się mimo tak dużej różnicy wieku?

Myślę, że była w nich obu energia, którą ja teraz doświadczam w znajomości z Nancy. Przecież nas też dzieli różnica pokoleń, a w ogóle tego nie czujemy. Taką przyjaźń można chyba odczuć bez względu na wiek. Ja mam poczucie, że znam Nancy od zawsze. Jestem z nią w stałym kontakcie. Ostatni raz byłam u niej w kwietniu tego roku.

Co się działo z Nancy po śmierci Lory?

Była nauczycielką angielskiego. Razem z mężem prowadziła ranczo. Zawsze była bardzo aktywna we wspólnocie. Działała wiele lat w Hanna Museum, była jego dyrektorką i cały czas zasiada w jego radzie. Inicjowała sporo projektów o pamięci Encampment. No i oczywiście kultywuje pamięć Lory. Wiktor, jej mąż, pomagał jej skanować negatywy. Wciągnęła go w tę pasję. Kilka lat temu, gdy Wiktor zmarł, wprowadziła się do domu Lory, który odkupiła od Berta, jej syna. I tam też teraz mieszka. Chce spędzić swoją starość właśnie w tym domu. Stara się też, żeby po jej śmierci to miejsce przemianowano na American Heritage Site, coś na wzór domu Emily Dickinson w Amherst.

W którym momencie postanowiła Pani zorganizować wystawę “Chciałabym być żółtym psem”?

Gdy tylko przyjechałam do Encampment, napisałam do Uli Śniegowskiej, która prowadzi American Film Festival, że musimy tam to pokazać. Ula się zgodziła. Potem trochę to trwało. Wrocławskie BWA też się zachwyciło tym materiałem. W pracach dołączył do mnie Łukasz Rusznica. To on jest autorem ostatecznego wyboru fotografii. Świetnie to zrobił. Wystawa to przejście przez życie i śmierć, przez kruchość i siłę. Oprócz tego printy są naprawdę duże. To było robione ze skanu negatywów. Bardzo martwiłam się, jak wyjdzie. A wyszło świetnie! 

Co takiego jest w tych fotografiach? Jak to ująć?

To co ważne w jej fotografii, to to, że nie ma w jej zdjęciach żadnego celu. Nie ma w nich ideologii. To są portrety ludzi biednych, ale ich biedota nie jest celem wykonania tego zdjęcia. Ta intymność, to zaufanie – bo ludzie bardzo jej ufali – jest widoczna w tych kadrach. To chyba najwspanialsze.

zdjęcie Lory Webb Nichols, American Heritage Center

A skąd pomysł na nazwę wystawy?

To cytat z pamiętnika Lory. Pisze to zdanie na początku pierwszego małżeństwa, kiedy już widzi, że nie układa jej się z mężem. A dokładniej po sytuacji, gdy mąż nie pozwolił jej jechać samej na koniu odwiedzić siostry, która akurat była w Saratodze. Napisała wtedy, że chciałaby być „żółtym psem”, bo mogłaby wtedy pójść gdzie chce i nikogo by to nie obchodziło. Że nikt nie trzymałby jej na smyczy. Uważam, że to piękna metafora jej życia.

Bo w zasadzie Lora była tym „żółtym psem”, którym tak bardzo chciała być.

Była zdecydowanie.