Basia Małecka w październiku tego roku z impetem weszła na polski rynek muzyczny ze swoją debiutancką płytą Agnieszka. Na krążku znalazło się osiem piosenek z tekstami Agnieszki Osieckiej, które Małecka zreinterpretowała, wychwytując w nich jazzowy potencjał. Bo zresztą z jazzem i soulem dużo ma wspólnego. Jak sama mówi, Agnieszka to dopiero początek. Już wkrótce głośno może się zrobić o jej autorskim materiale. W rozmowie z Maksem Wieczorskim Małecka opowiedziała o nostalgii do lat sześćdziesiątych, swoich muzycznych początkach, planach na przyszłość i wizji tego, co w muzycznym świecie chciałaby osiągnąć.

W jednej z nowel filmu Jima Jarmuscha, Kawa i papierosy, Iggy Pop mówi, „nasze pokolenie to pokolenie kawy i papierosów”. Mówi to oczywiście o osobach narodzonych w okolicach lat czterdziestych, które świat podbijać zaczęły w latach sześćdziesiątych. Jak myślisz, czego pokoleniem jest nasze pokolenie?
To chyba pokolenie ekstremalnej wrażliwości, takiego wręcz emocjonalnego ekshibicjonizmu. Kompletnie bez obciachu – w porównaniu z poprzednimi pokoleniami, o których mówi się, że były oziębłe, oszczędne emocjonalnie – mówimy o naszych odczuciach i potrzebach. To znajduje odbicie w postulatach naszego pokolenia, takich jak troska o zdrowie psychiczne. A ty co uważasz?
Ja idąc za tą kofeinowo-nikotynową metaforą Popa, powiedziałbym, że nasze pokolenie to pokolenie „energetyków i jednorazówek”. Choć może to brzmi, jak zła opinia o generacji Z.
Rzeczywiście jest coś prawdziwego w tych jednorazówkach. Wszystko, co gromadzimy, czym się otaczamy, bywa doraźne, tymczasowe i byle jakie. Byłam ostatnio w Ikei i doszłam do wniosku, że regał, który tam kupię, będzie dla mnie tak bezwartościowy, że przy przeprowadzce najprawdopodobniej go ze sobą nie zabiorę. To w jakimś sensie efekt mediów społecznościowych. Wszystko musi być „instant”.
Zaryzykuję stwierdzenie, że trochę mniej jest w tym wszystkim takiej ludzkiej duszy.
Myśli się przede wszystkim kategoriami szybkiego efektu. Nawet w muzyce. Nie ma w niej nastawienia na długowieczność, ponadczasowość. Chodzi o to, żeby wskoczyć na playlisty i mieć viral na TikToku.
Pytam o te lata sześćdziesiąte i to pokolenie Iggy’ego Popa, bo odbieram cię jako osobę i twórczynię, z którą jakoś ta dekada rezonuje. I ta wrażliwość, której, jak już powiedzieliśmy, trochę brakuje. Co w tamtej epoce cię interesuje?
Wiesz, nie mam romantycznej relacji z latami sześćdziesiątymi. Nie jest tak, że wieszam sobie plakaty filmowe czy retro zdjęcia na ścianach. Ale to, co obudziło się we mnie przy pracy nad Agnieszką, to dziwna nostalgia, wyobrażenie o jakości tamtych czasów i tego, jak powoli i z namysłem żyli ludzie. Nie istniały media społecznościowe, internet. Ludzie słuchali radia, kupowali trudno dostępne płyty winylowe, nagrywali audycje na kasety. Moja mama, urodzona w latach siedemdziesiątych, chcąc zagłosować w Liście Przebojów Trójki na swoją ukochaną piosenkę The Europe, wysłała dwieście pocztówek do radia. Porównuję to z tym, że mnie się czasem nie chce robić rzeczy, które nie wymagałyby nawet wyjścia z domu.
Oglądając stare telewizyjne programy czy kabarety, widzę w dawnych czasach jakąś większą jakość przeżywania, troskę o poziom języka czy kultury, głębię. Bycie bardziej „tu i teraz”.
Ta inna jakość była też chyba w muzyce.
Pisałam pracę magisterską o początkach jazzu i ruchu praw obywatelskich w Stanach. Pociąga mnie to, że ta muzyka był społecznie zaangażowana. Nie powstawała w próżni. Sztuka nie była tylko dla sztuki. Miała misję, wątek rasowy był przecież dla niej, choć niełatwy, to pierwszoplanowy. To też była cena, którą zapłaciła Nina Simone za swoje zaangażowanie – mało kto wie, że gdy tylko zaczęła angażować się politycznie, jej muzykę zaczęto szufladkować jako „trudną” czy „niekomercyjną”.
Przyznam, że mam przez to w sobie dużą niezgodę na to, że oderwało się tę muzykę od kontekstu społecznego. To była muzyka biednych i wykluczanych. Była ich formą emancypacji, a współcześnie stała się przygrywką do obiadu. Jakimś wyznacznikiem statusu. Czymś, co można konsumować dopiero wtedy, kiedy ma się pieniądze. To przecież zmiana o 180 stopni.
Ten aspekt walki był też obecny w polskiej muzyce lat sześćdziesiątych, chociaż nieco różniła się od tej amerykańskiej. Nawet Agnieszka Osiecka. Miała przecież w sobie bardzo dużo walki – choćby o kobiecą niezależność. Nie wiem, czy istniała wcześniej tak popularna i tak mimo wszystko mainstreamowa poetka. Poetka, która dodatkowo poszła do ludzi ze wszystkich grup społecznych i przekazała im taki ogólny model kobiety niezależnej, która może pozwolić sobie w zasadzie na wszystko, na co chce.
To ciekawe, co mówisz. Ta kwestia kobiecości jest w przypadku Osieckiej bardzo często spłycana. Kiedy wygoogluje się Osiecką, pierwszych parę wzmianek to teksty, w których mówi się o niej w kontekście mężczyzn, z którymi albo spała, albo się spotykała, albo przyjaźniła. To strasznie dla mnie frustrujące, że nie mówi się o Agnieszce Osieckiej w pierwszej kolejności jako o wybitnej songwriterce, poetce i artystce, tylko na pierwszy plan wybijane są jej romanse. Dlatego też nie nazwałam płyty Osiecka, a właśnie Agnieszka, żeby zerwać z tym mitem, jaki się wokół niej stworzył.
Co w tej Agnieszce znajdujesz dla siebie?
To, co mnie w niej zachwyciło w pierwszym momencie, kiedy się z nią zetknęłam – a miałam wtedy trzynaście czy czternaście lat, było to, że dała mi klucz do mojej wrażliwości. Jedna z moich profesorek ze szkoły teatralnej, Agnieszka Glińska, którą uwielbiam, i która sama zdaje się być wielbicielką Osieckiej, zastanawiała się nad tym, o ile uboższa by była nasza wrażliwość, gdyby nie Agnieszka Osiecka. I rzeczywiście, ja też nie znajduję drugiej takiej postaci, drugiej takiej kobiety i drugiej artystki tamtych czasów, która była tak wyrazista, a jednocześnie potrafiłaby tak trafnie i prawdziwie ponazywać rozmaite sprawy związane z miłością, relacjami i zwykłym życiem.
I to wtedy, mając te trzynaście czy czternaście lat, postanowiłaś, że będziesz tę Osiecką reinterpretować?
Zaczęłam śpiewać, w ogóle o tym nie myśląc. Moja mama zaprowadziła mnie do domu kultury i powiedziała, że jak się zapiszę na zajęcia – bo słyszy, że potrafię śpiewać – to zdejmie mi karę na komputer, o który akurat pokłóciłam się z moim bratem. Grałam wtedy w Stardoll czy Zielone Imperium, więc stawka była wysoka. W tym domu kultury poznałam nauczycielkę śpiewu, sześćdziesięcioletnią śpiewaczkę klasyczną, Panią Alicję. Bardzo się z nią zaprzyjaźniłam. Gadałam z nią o chłopakach, o pierwszych miłościach. I to ona po pewnym czasie, kiedy trochę podrosłam i zaczęłam więcej rozumieć, podsunęła mi Osiecką do śpiewania. Mówiła mi, żebym spróbowała śpiewać oczami.
Od razu wiedziałaś o co jej chodziło?
Kompletnie nie. Próbowała mnie nauczyć przekazu, wypełnienia piosenki przeżyciami. Powtarzała, że jeśli wychodzi się na scenę, to trzeba dać coś widzom, skomunikować się z nimi, nie śpiewać na pusto ani dla poklasku. Ale ja w ogóle nie rozumiałam, o co chodzi. Nie umiałam tego robić. Nie umiałam tak się otworzyć.
Kiedy to się zmieniło?
Pamiętam, że w tamtym czasie strasznie się zakochałam, niestety bez wzajemności. Występowałam na jednym z konkursów. I dopiero w tamtym momencie na scenie coś we mnie pękło i dotarło do mnie, co chciała mi przekazać nauczycielka. To pokonanie nieśmiałości przed pokazaniem swoich emocji było wspaniałe, uwalniające i dodające siły. Musiałam się mocno wzruszyć, bo podchodzili do mnie ludzie, mówiąc, że mój występ coś im dał, że też ich poruszył. A ja właśnie wtedy znalazłam klucz. Piosenka, którą śpiewałam to Moja ballada. To, że znalazła się na Agnieszce, jest więc dla mnie trochę magiczne i na pewno szczególne.
Z Osiecką zostałaś od tego momentu na dłużej?
Potem poszłam do liceum, gdzie mieliśmy festiwal teatralny i mniejsze inicjatywy, na którym śpiewałam. Trafiłam do bardzo artystycznej społeczności. Znalazłam ludzi, którzy też chcieli to przeżywać, kochali to robić. A Osiecka towarzysząc mi przez burzliwe lata dorastania, stała się moim sposobem na rozwijanie, pielęgnowanie wrażliwości i ekspresji.
I to wtedy narodziła się myśl, żeby z Osiecką zadebiutować?
Jeszcze nie. To trochę późniejsza historia. Jak zaczynasz śpiewać Osiecką w gimnazjum, potem idziesz z nią do liceum i na studia, to po takim czasie myślisz: „dobra, ale ile można?”. Na studiach zaczęłam mierzyć się z decyzją, kim chcę być – czy chcę być aktorką, czy może śpiewać. Bo trafiłam do Akademii Sztuk Teatralnych na Wydział Wokalno-Aktorski.
Myślałaś poważnie o byciu aktorką?
W zasadzie nigdy nie chciałam nią być, ale ostatecznie poszłam na egzaminy za namową mamy i przyjaciółki, bo w kinach była Zimna wojna i spodobało mi się, jak Joanna Kulig śpiewa w tym filmie. Pomyślałam, że może to jednak rzeczy do pogodzenia. Ale nie, po drugim roku uznałam, że castingi mnie męczą, i że chcę po prostu śpiewać. No, ale co tu śpiewać?
Osieckiej nie chciałaś?
Kochałam ją, ale każdy wokalista i każda aktorka w swoim życiu śpiewała Osiecką. Sama robiłam to na tyle długo i sprawiało mi to tak dużą radość, że prawie przegapiłam moment na to, by zdać sobie sprawę z konieczności tworzenia własnej muzyki. Zaczęłam to robić nieśmiało jeszcze w liceum, ale dopiero po studiach wydałam pierwszą EPkę, która była dużym work-in-progress. To była pierwsza próba, żeby w ogóle ruszyć w tym kierunku. Ale w międzyczasie wygrałam konkurs „Pamiętajmy o Osieckiej”, o którym wiele lat marzyłam. Rok później, miesiąc po premierze autorskiej EPki „COSMIC”, zrobiłam koncert w Teatrze Nowym w Poznaniu, po którym uznaliśmy. że może warto go uwiecznić. Więc trochę ta Agnieszka weszła pomiędzy nowe, autorskie plany.
I bardzo zmieniła twoje życie? Minął już miesiąc od jej premiery, więc chyba masz już tę pierwszą perspektywę.
Zmieniła na totalu! Przede wszystkim muszę uważać, co robię publicznie…
Masz na myśli jakąś konkretną sytuację?
W niedzielę rano jechałam autobusem z moim psem. Wsiadłam, w ręce trzymałam kaganiec, zajęliśmy z Beniem miejsce, ale autobus nie ruszał. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że kierowca wstał zza swojego fotela i zaczął wymachiwać rękami, wrzeszczeć, zapluwać się z wściekłości w moją stronę, że nie ruszy, dopóki nie założę tego kagańca. Czułam się jak na stadionie. Nie toleruję takiej agresji, poza tym wiem, że gdyby z psem jechał mój chłopak, a nie ja, nikt by się go nie czepiał. A przynajmniej nie tak śmiało i taką otwartą agresją. Wkurzyłam się, chyba najbardziej na to, że znowu jakiemuś facetowi się wydało, że głupią babę można opieprzyć. Pokazałam mu więc środkowy palec, po czym sekundę później dosiada się do mnie dziewczyna i mówi „cześć, słucham twojej płyty”.
Stałaś się rozpoznawalna, musisz się pilnować…
Żadna ze mnie gwiazda, ale miałam parę takich sytuacji, że ktoś do mnie podszedł i jest to zazwyczaj niezwykle miłe. A co jeszcze się zmieniło? Na pewno udało mi się dotrzeć z tą płytą do ludzi, na których mi zależało – z jednej strony do dziennikarzy, których opinie i gust cenię. A z drugiej do słuchaczy. Byłam ciekawa, czy istnieją ludzie, których ta muzyka i te aranżacje ruszają. I udało mi się znaleźć tę grupę. Jest mała, ale mam wrażenie, że bardzo żywa.
Zresztą utworzyłaś wokół Agnieszki niemal ruch, jakąś społeczność. Choćby dzięki temu, jak przeprowadziłaś tę akcję promocji płyty. Rozsyłałaś płyty z osobistymi listami, naklejałaś numery seryjne, wszystko starannie pakowałaś. A do tego wszystko to relacjonowałaś na Instagramie. Myślę, że wiele osób miało wrażenie, jakby cię po prostu dobrze znało. A to bardzo angażuje.
To miłe, że to mówisz, bo ja nieustannie biję się z mediami społecznościowymi. Nie lubię tego, jak niszczą rynek muzyczny i kulturę. Gdy tworzyłam Agnieszce kampanię promocyjną, to po paru tygodniach złapałam się na tym, że mój mózg wszedł w fazę upraszczania, filtrowania rzeczywistości przez pryzmat algorytmu i estetyki instagrama. Język mediów społecznościowych skolonizował mi umysł. Miałam w sobie niezgodę, ale jednocześnie czułam przymus, że muszę to robić. Szukałam więc sposobu, jak zrobić to po swojemu.
Wiem, że twoja płyta spodobała się Andrzejowi Dąbrowskiemu, z którym rozmawiałem niedawno. Dostałaś więcej dobrych słów ze strony muzycznego środowiska?
Na pewno wielkim spełnieniem marzenia było to, że zainteresowała się moją muzyką Trójka, Radio 357, Nowy Świat. Te miejsca tworzą kultowe postacie, których aprobata pozwoliła mi uwierzyć, że to, co zrobiłam, jest naprawdę dobre. W tym sensie ta płyta dała mi dużą pewność siebie. Niespodziewane było też spotkanie z Rafałem Trzaskowskim, który poza tym, że jest prezydentem miasta, jest przede wszystkim synem świetnego jazzmana Andrzeja Trzaskowskiego, legendy polskiego jazzu. Spotkałam go na koncercie w Jassmine, podeszłam, chcąc się przedstawić, bo parę dni wcześniej napisał komentarz pod moim postem premierowym z „Kto tak ładnie kradnie”. Nie zdążyłam powiedzieć słowa, bo Trzaskowski przywitał mnie „O, cześć! To ty!”.

„Dzisiaj Osiecka” – jak w intrze do Agnieszki, ale co dalej? Jakie masz plany na przyszłość?
No właśnie powiem szczerze, że Osiecka trochę pokrzyżowała mi plany. Myślałam sobie, że wydam tę płytę w październiku, ale przejdzie ona niewielkim echem, bo robię to sama, nie mam dystrybucji, managementu, nie wspominając o budżecie promocyjnym czy wytwórni. Ale odbiór okazał się dużo większy, niż się spodziewałam, spektakularny wręcz. Muszę więc trochę odłożyć w czasie piosenki, które tworzyłam przed Agnieszką. W grudniu domykać będę trzy piosenki w Londynie. W zasadzie stale pracuję nad swoimi rzeczami z producentem Olivii Dean.
To wielka sprawa!
To też piękna historia. Pukałam do wszystkich drzwi w Polsce i mówiłam: „Hej, może chcecie wydać moją Osiecką, a może moje własne piosenki?”. Nikt nie odpowiedział. Któregoś razu pomyślałam, że już naprawdę nie mam niczego do stracenia, zaczęłam robić rzeczy niedorzeczne i jedną z nich było napisanie do Astona. Byłam przekonana, że na bank nie odpisze. No i rzeczywiście nie odpisywał. Po trzech tygodniach – pamiętam, że właśnie zasypiałam – dostałam od niego maila. Napisał, że podoba mu się moja piosenka i że chętnie nad nią ze mną popracuje. Ostatecznie zrobiliśmy dwie piosenki razem. To wszystko – ale też rzeczy, które zrobiliśmy z moim przyjacielem Jankiem Tabęckim – czeka na właściwy moment. Na razie jednak chciałabym pożyć jeszcze z Agnieszką. Właśnie, z planów – 15 grudnia w warszawskim Jassmine zagramy Agnieszkę na żywo! No ale myślę też, że wypadałoby pokazać coś nowego w 2025.
Wszyscy więc czekamy… Twój debiut skojarzył mi się jakoś z debiutem Ewy Bem. Ona, wspaniała przecież wokalistka jazzowa, ale też i tekściarka, zadebiutowała z płytą Ewa Bem Loves The Beatles, na której wykonała jazzowe wersje przebojów Beatlesów. Myślę, że to był świadomy ruch, bo dzięki temu pokazała, kim jest i co potrafi ze swoim głosem i wrażliwością, a dopiero później przeszła do autorskiego materiału. Gdybyś z perspektywy tej Ewy Bem – dzisiaj siedemdziesięcioletniej, z wielkim dorobkiem i uznaniem – miała spojrzeć na swoją karierę, to w jakim miejscu chciałabyś być, mając te siedemdziesiąt lat?
Myślę sobie ostatnio dużo o tym, że jak będę po siedemdziesiątce, to na pewno będę chciała pomagać i wspierać młode osoby takie jak ja teraz. Nagrałam tę płytę dzięki wielkiej pomocy i życzliwości niesamowitych ludzi, którzy oprócz tego są wspaniałymi muzykami. Najintensywniej pracowałam z Jackiem Piskorzem, który stworzył aranżacje, czuwał muzycznie nad całym projektem i Marcinem Kowalczykiem, który z kolei realizował i miksował nagrania. Chłopaki z zespołu, wzięci zawodowi muzycy, też ogromnie mnie wspierają, znaleźli czas, żeby tego 15.12 znowu ze mną zagrać. Nie musieli przecież. Bardzo chciałabym kiedyś móc odwdzięczyć się za to wszystko, co dostałam teraz.
A z takich artystycznych marzeń?
Na pewno bardzo bym chciała grać nie tylko w Polsce. Rzeczy, które niebawem wypuszczę, będą po angielsku. Nie chcę ograniczać się tylko do polskiego rynku. Mam też wrażenie, że to, co teraz nagrywam, jest stylistycznie czymś nowym. Może ktoś kiedyś powie, że w 2025 roku Basia Małecka rozpoczęła nową falę w polskiej muzyce? Może chciałabym zaśpiewać z Metropole Orkest, albo zagrać jako support z Jordanem Rakei, Olivią Dean czy Laufey. To są postacie, które uwielbiam. Ale przede wszystkim, z perspektywy siedemdziesięciolatki chciałabym mieć takie poczucie, jakie mam teraz, po Osieckiej.
Czyli?
Że dałam radę wszystko zrobić po swojemu. Jestem bardzo ciekawa, czy to w działaniu w większej skali będzie w ogóle możliwe. Mam nadzieję, że to moje życie ułoży się tak, że nie będę musiała iść na żadne kompromisy artystyczne – bo na przykład w pewnym momencie nie wystarczy mi pieniędzy na wydanie swojej muzyki, albo nie przebiję jakiegoś sufitu, tylko dlatego, bo nie podpiszę dealu z wytwórnią.
Mam nadzieję, że tak będzie, i że rzeczywiście kiedyś spojrzysz na to życie z perspektywy Ewy Bem i powiesz „udało się”.
Dobrze mi życzysz. Chciałabym rzeczywiście mieć poczucie, że zrobiłam wszystko tak, jak chciałam. Tak jak z Agnieszką.
Maks Wieczorski