17 [opowiadanie]

I

„Nie tak dawno starałem się z całych sił nawiązać połączenie z tą jedną. Z Tobą, Droga mi osobo. W nadziei, że jeszcze uda nam się przepracować wszelkie problemy trapiące naszą relację, podtrzymywałem zwyczajnie kontakt. Ach, przecież słowa potrafią jedynie ukoić te nacięcia powierzchowne. Ale do głębi nie zstąpią. Zwłaszcza nie moje; zdaje mi się, że wybielanie siebie zwyczajnie mnie nie przystoi. Mimo to nasze stosunki szybko wracały do normalności mimo sprzeczek. I takie też były, normalne, przez większość z naszych lat.

Po czasie zasiadłaś w bezsłowie i zaczęłaś nasłuchiwać – ale raczej nie byłaś pewna, czego konkretnie. I jak to zinterpretować, tak, aby Twoje rosnące, zbyt niezrozumiałe poczucie gniewu względem mnie zostało odpowiednio zaspokojone i mogło dalej eskalować. Bóg wie, jak to się potoczyło, że w tamtym momencie coś pękło. Zastanawiam się po dziś dzień, czy to moje pragnienie szacunku wobec siebie, czy chęć wyleczenia bólu milczeniem doprowadziła do upadku tego, co tworzyliśmy przez ostatnie lata. Doktorze drogi, wypisz no receptę, remedium, na ból duszy. Placebo już puściło, mój ból powraca. Spać mi nie daje w nocy, gdy usiłuję uciec od otaczającej rzeczywistości. I obudzić się dnia następnego ze straszliwym złudzeniem, że zostanę naświetlony promieniem ukojenia.

Usiłowałem wymazać Cię z życia. Nie sprawia cierpienia, co nie istnieje. Czego dotknąć nie można, zaznać się nie da. I tak wykreśliłem Twoje imię, splamiłem istnienie osoby, z którą przeszedłem drogę pełną światła, radości. Pełną frustracji. W ostatniej drodze jedynie słabości me wytykałaś biegiem i przyodziałaś fałszywą maskę. Cisza – och, jaka ona złudna koleżanka! Cóż za placebo! Niepewne daje sygnały – tak, jakbyś nie wiedział, czy w ciemności możesz otworzyć oczy i po prostu iść dalej. Czy powinieneś zapalić światło, czy po prostu dać się ponieść intuicji, uwierzyć, że nie zderzysz się z niczem. Jak bardzo ułatwiła Ci uknucie odpowiedniego exodus, chyba Ty jedna znasz odpowiedź.

Boś Ty skłamała. I zastanawiam się, czyś kłamać przestała, żyjąc dalej tym swoim życiem weselszym. Przerwy od wszystkiego potrzebowałaś, ale przecież każda sztuka musi zostać odpowiednio zwieńczona. Tak, aby pozostawić widza z wrażeniem odmienienia. Przyznam szczerze, bez zakłamywania rzeczywistości: odmieniłaś mnie. Bynajmniej, nie tylko na dobre! Wszelkie dobro naszej znajomości zabrałem ze sobą w sercu: to jest, (w końcu!) wyuczyłem się, głównie odpowiedniego stąpania po cienkim lodzie. Próbując nie doprowadzić do pęknięcia, nie wydawszy żadnego szmeru, który mógł zakłócić czyjąś jazdę. “Nie taki cienki, jeśli nadal wytrzymuje ten ciężar” – przekonywałaś, że nasza ścieżka nie zmieni swego kursu. Ewentualnie studząc wszelkie smutki wspomnianą już ciszą, bądź bezpośrednio, prosto w oczy zarzucając, że niepokoje me biorą się znikąd. 

I tak cierpię od miesięcy. Nie do końca wiem, gdzie zmierzać, ale nie to mnie najbardziej rani. Przyjaciele. Nie tylko ciebie straciłem tamtego wieczora. Odeszłaś z moim poczuciem bezpieczeństwa. Odnalazłem szybko substytut, azyl, czyli stworzyłem i pogłębiłem relacje. Z ludźmi, którzy jednak nie rozumują podobnie, jak Ty, bo kto by stanowił twą wierną kopię, ale pozostają przy mojej stronie. Wiernie. W gotowości do najszczerszej rozmowy i dotrzymania mi towarzystwa. Kolejne placebo… Próbuję za wszelką cenę przyzwyczaić się, że już nie Ty jesteś pierwszą osobą, do której zwracam się o poranku. Dla której zapadam w nieświadomość co noc, z nadzieją, że się zbudzę. I czuję dziwne ukłucie gdzieś w środku, które trudno mi zdiagnozować. Nie wiem, czy czkawką nie odbija się moja niewdzięczność wobec tych, którzy posłużą ulepszonej wersji mnie… Ale skoro nawiązałem te nowe relacje i, zdaje się, mógłbym już pójść dalej, dlaczego moje waciane nogi odmawiają posłuszeństwa?

Wzięłaś nieskromne ilości ładunku, jakim obdarzyłem nasze wspomnienia. Zszarzały mi i dzisiaj przyprawiają jedynie smętku. Zdeptałaś je tym pośpiesznym krokiem rozstania. Odeszłaś, mając w posiadaniu kompendium wiedzy o mnie. I ja nadal potrafię przywołać z pamięci wszystkie wspólne śmiechy. Przypominam sobie nasze rozmowy i pełne uradowania wymienianie wiadomości między sobą. Osadzone w “tu i teraz”, bo jak tu dywagować o końcu czegoś tak pięknego. Ale gdzie ten grymas uśmiechu, jeśli nie na mojej twarzy? Gdzie ciepło nostalgii, jakiej można się spodziewać po tak szczęśliwej przyjaźni, jeśli nie w mym sercu? Może jednak nie taki straszny los potępionych…”

II

— z takowym materiałem został sam na sam, siedzący przy biurku, młodzieniec.

Długo zbierał myśli celem sklejenia z nich słów, które mogłyby pomóc mu uporać się ze stratą. Potrzebował poukładania w swojej głowie prawd, kłamstw prawdziwych i prawd kłamliwych. Bo muzyka dalej grywała, ale on jedyny nie tańczył do jej łkająco porywających akordów. Właściwie, nawet nie wiedział, czym zakończy się refren, choć w pętli odtwarzał tę melodię od dawna. Nigdy nie da się jednoznacznie określić, czy może jednak rzeczywistość naśladuje sztukę… 

Odstąpił od pióra i począł niemal bezwiednie spacerować po swoim ciemnym pokoju. Jak zaprogramowany robot, maszyna, którą steruje konkretny kod i on postępował wedle ściśle określonego schematu. Najpierw musiał zrobić krok naprzód, aż odnalazł stojącą komodę skrywającą najpiękniejszą zawartość ze wszystkich mebli w jego pokoju. Wtem czynił zwrot w lewo, aby dotrzeć do szafy wręcz wypchanej ubraniami – aż, zahaczając o łóżko, wracał do punktu wyjścia. Do biurka, kartki i pióra. Cykl się powtarzał. 

Niesamowite, że wszędzie można odnaleźć pewne nawiązania do przyrody, prawie tak, jak gdyby człowiek się z niej wywodził… Ale spoglądając kątem oka na prawa natury raczej trudno o współczucie. Tak już świat stworzono, że najkruchsze ogniwo zostaje w toku doboru naturalnego wyeliminowane. Z jakiegoś powodu jednak młodzieńca dosięgła rozpacz, zwłaszcza, kiedy uświadamiał sobie, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Bo jego umysł zdołał wiele zmiennych elementów rzeczywistości objąć, ale nie potrafił przyzwyczaić się do jednego – do rychłego końca swojej wielkiej przyjaźni. Ale idąc zgodnie z rozumowaniem biologicznym, najsłabsze gatunki, zostając skazanymi na klęskę, ustępują miejsca tym silniejszym! Zdolnym do przetrwania i przystosowania się do nowej rzeczywistości. I chyba to najtrudniej pojąć zatopionym w tęsknocie za tym, co je zraniło. Zamiast usiłować uśmierzyć ból, poczęły siebie obwiniać o cierpienie. O wysiłek i stratę czasu, jaki musi zostać włożony przez drugą stronę, żeby tylko nie wbiła kolejnej szpilki.

Ale jednak niegdyś było pięknie…

Młodzieniec padał że znużenia. Zegar wybił już godzinę czwartą czterdzieści siedem. Noc niespecjalnie sprzyjała śnieniu, szczególnie w obliczu tych wydarzeń. Obawiał się, że przyśni mu się kolejny krzywdzący scenariusz. Że ujrzy siebie, nie daj Boże, na polu, tańczącego pośród muśniętych światłem słoneczników, z nią. Ewentualnie, sprowadzony na ziemię z tego romantycznego padołu, śnił o szarej rzeczywistości, którą jej postać rozświetla. Po wybudzeniu pozostałby sam, w swoim łóżku, wpatrzony w sufit z kłębkiem myśli i poczuciem zawodu samym sobą. Stąd szukał substytutów. Najlepiej odnajdywał się, gdy nie był zmuszony do podjęcia trudu wspominania. Pracował do późnych godzin nocnych, wypełniając bieżące obowiązki, bądź je sobie wymyślał – byleby czymś zająć skołatane myśli. A przede wszystkim wykorzystywał cenny czas odpoczynku, żeby zapewnić sobie poczucie bliskości. W internecie. Licząc, że natrafi na przyjemności, które wypełnią jakąś lukę gdzieś głęboko. Tym razem jednak, wymęczony, położył się do łóżka i niestarannie przykrył kocem.

– Czy powinienem był zapalić światło? – pomyślał.

– Uwierzyć, że nie zderzę się z niczem. – odpowiedział sobie w myślach – A najlepiej… –  nie dokończył zdania. Nagle złapało go poczucie chandry. Pustki, tej, która nie pozwalała mu zasnąć.

– Zapomnieć.

Nie minęło kilka chwil, kiedy, skołatany, zasnął.

III

Wtem otworzył oczy. Znajdował się w stosunkowo osobliwym miejscu, którego nigdy nie widział na jawie. Jakby niebo nie miało końca, a widnokrąg niezbyt chętnie pokazywał, co czeka podróżnika sunącego w jego kierunku. Ścieżka wśród bujnej roślinności? Co najwyżej mogła mu przypominać park, po którym uwielbiał przechadzać się długimi popołudniami i jeszcze dłuższymi wieczorami. Tym razem przebywał w nim o godzinach stosunkowo wczesnoporannych, kiedy słońce nieśmiało, ale trochę szybciej, niż zwykle, wychodziło poza horyzont. Przy tym wypuszczając strumienie światła, które potrafiły wyjątkowo mocno oświetlić drogę, jeśliby znaleźć się w odpowiednim punkcie i, kto wie, może nawet oślepić równego śniącemu przechodnia?

Najdziwniejsza była przyroda tego miejsca. Trudno określić, czy te drzewa, które mijał lekko zszokowany, były rzeczywiście uschnięte, czy tętniły życiem – jeśli padało na nie światło, wyglądały, jakby od dekad nie zetknęły się z kroplą wody. Ze względu na promienie padające nisko nad horyzontem, malujący się przed młodzieńcem krajobraz prezentował mu się przeważnie zjawiskowo. Na razie.

– Czy takie jest ogólne prawo rządzące światem przyrody? Że nadmiar energii, zamiast wzmacniać, jedynie osłabia jednostkę? – pomyślał. Nietrudno dywagować o tym, gdy po stronie zacienionej spragnione światła liście tak pięknie go czarowały swymi zielonymi tonami. Gdy ich tak dużo porasta i jedyne, co pozostało, to zatracić się wśród tej zieloności. Z dala od strachu, że jakiś uschnięty konar się załamie i stworzy miejsce, na coś… Rozglądając się, młody człowiek nie dostrzegł ani jednej gałęzi, która nie wydałaby na świat liścia. Pewnie czas i wschodzące słońce zrobią swoje i odsłonią pełen potencjał tego miejsca jako przytulnego dla jego uschniętej duszy.

Ale poszedł dalej.

Spacerował po niebezpiecznie nierównym chodniku, który wyglądał, jakby budowniczy postanowili porozrzucać cegły, gdzie tylko dadzą radę. Jakby jedna cegła postanowiła poświęcić siebie i wynieść na szczyt drugą, która, może, poradzi sobie z atakiem na kończyny nieświadomych ataku przechodniów. Bądź jakby wszystkie nawzajem siebie tratowały w wyścigu o potknięcie. A jednak, ze względu na splątany chód, śniący potknął się, wydając z siebie ciche syknięcie. Zastanawiające. Te kolana mocno odczuły zetknięcie z gruntem… Niemniej otrzepał pośpiesznie spodnie i podniósł się, tak, aby żadna z przechodzących, pozbawionych twarzy osób nie zauważyła tego, co się stało. Dopiero teraz zorientował się, że zmierzał wprost ku rozdrożu, i kierował się na prawo. 

Droga prowadziła do ciasnej, gęsto porastanej przez stada pokrzyw alejki, z której biła pewnego rodzaju bliskość, wygoda odczuwalna przez śpiącego. Mająca swoje źródło przede wszystkim w lichych pniach wysoko sięgających drzew i mętnej wodzie w płynącej wolno rzeczce kawałek od głównej drogi. Po lewej stronie alejki znajdowały się ciasno ustawione w rzędzie drzewa, których lewa strona – porządniej oświecona przez coraz lepiej widoczne słońce – zachwyciłaby większość ciepłem i kolorytem. Aż stanął wryty, wpatrzony w postać skręcającą w tamtym momencie ze ścieżki na lewo w kierunku ścieżki po stronie prawej. Ubrana była w niebieskie jeansy, ciemny sweter i okulary o okrągłych, srebrnych oprawkach, które idealnie ochraniały jej oczy przed działaniem światła.

Szybko wzrok chłopaka skupił się na jej licach. Może nie od razu kobietę rozpoznał, jednak jego serce zabiło mocniej w tym konkretnym momencie. Tak, jak przed laty. Z każdym krokiem dostrzegał coraz wyraźniej, że i na jej wizerunek oddziałuje światło. Nie tak ją zapamiętał. Nie przypominał sobie, żeby jej skóra była tak sucha. Nie widział u nikogo tak wychudzonych dłoni i postury przynoszącej na myśl jedynie mocne zmęczenie fizyczne, starość, ból odcinka lędźwiowego… Podobnie prędko dostrzegł coś, co wyleciało z jej kieszeni na ziemię tuż przy brązowej, świeżo malowanej, ale starodawnie lichej ławce, co przykuło jego uwagę.

Chyba znalazł właśnie pretekst. Szansę, aby kobieta nie minęła go, spoglądając kątem oka jak na psychopatę.

– To ty – rzucił mimowolnie w jej kierunku, marszcząc przy tym brwi.

Słysząc mamrot, zatrzymała się tuż przed nim. Chyba to najbardziej zasmuciło chłopaka, który nie mógł oderwać wzroku od pełnego pewności siebie kroku dziewczyny. Na jej twarzy wymalowało się lekkie zmieszanie, zupełnie tak, jakby patrzyła na nieznajomego przypadkowo zaczepiającego ją w parku.

– Słucham? – rzekła chrypkim głosem.

Stał przez krótką chwilę z lekko uchylonymi wargami i obserwował jej oczy, nim wydał z siebie jakiekolwiek tchnienie.

– W czymś pomóc?

– Nie zgubiłaś czegoś? – odparł, równocześnie czując, że jego policzki oblewa rumień wstydu.

– Nie… a od kiedy jesteśmy na “ty”?

– Nie zna mnie… – pomyślał.

– Zauważyłem tylko, że coś spadło na ziemię, gdy pani szła. – wskazał na ścieżkę za rozmówczynią – Chyba jakiś świstek, stos, który mógł wylecieć z kieszeni.

– Zgubiłam? – zapytała, przy tym nerwowo otrzepując swoje ubrania – Bardzo źle, bardzo źle… Oczywiście, że takie rzeczy mnie spotykają, bo kogóż innego… – Gdzie konkretnie wypadł?

– Może zaprowadzę.

– Będę wdzięczna dozgonnie!

Momentalnie się odwróciła i na jej ponurą twarz padły promienie słońca. Spojrzał w jej kierunku i, choć trwało to dosłownie sekundy, od razu poczuł ciarki i spuścił lekko głowę.

Może nie tak źle mu się stąpało po tym lodzie?

– Niezdara ze mnie. – rzuciła. – Dziękuję za pomoc! Proszę pozwolić, że przejdziemy na “ty” – Jak się nazywasz?

– I… – chciał coś powiedzieć, ale jego wzrok przykuła leżąca pod ławką zguba. Jeśli taka drobnostka przyprawiła jego towarzyszkę o nerwowy grymas na twarzy, musiało mieć dla niej wielkie znaczenie. Tylko cóż to, co mu przydało nieśmiały grymas przypominający uśmiech?

– Jest! – odwróciła wzrok, spojrzała ku ziemi i krzyknęła. Niemal natychmiast uklękła i podniosła zgubę. Właściwie to zguby. Nie były to pieniądze, jak się młodzieńcowi mogło wydawać, a wyglądało na niewielki stos karteczek, na których widniały jakieś niezrozumiałe bazgroły, krótkie wiadomości, cytaty, rysunki… Większość była pognieciona, jak gdyby ktoś próbował karteczki zniszczyć, ale jednak chciał je wyprostować po chwili zastanowienia. Trwało to wyjątkowo krótko, toteż nieco zmieszany nie wiedział, co odpowiedzieć na stwierdzenie “Jeszcze raz; wielkie dzięki! Miłego dnia!”

Po prostu podał jej rękę na pożegnanie. I tak oto zawróciła i kontynuowała planowaną ścieżkę. On stał chwilę w bezruchu, jak wbity w płot kołek. Nie przeszkadzało nawet oślepiające go światło słoneczne, które sięgało już naprawdę wysoko spomiędzy drzew i, o dziwo, nawet niekoniecznie je uszkaradniało w tamtym momencie. Zwrócił z kolei uwagę na to, że stanie w jednym, oświeconym miejscu, może po czasie doprowadzić do oparzeń słonecznych… Stąd odsunął się nieco w cień i usiadł na ławce, tak, aby dać sobie odrobinę uwielbionego cienia. Aż wyczuł, że coś trzyma w tkniętej dłoni. Coś szeleszczącego i nieco zgniecionego.

IV

Trudno określić, czy to jego zmienny charakter, czy ciągła potrzeba bycia w ruchu, postawiły go na nogi i pokierowały nimi w stronę rozpromienionych drzew, szumiących liści i kwiatków wystających spośród kępek traw. Z czymś w dłoni, czego nie chciał schować do kieszeni ani wyrzucić do śmietnika, a co pragnął czuć. Jedynie ścisnął to coś i po prostu poszedł dalej. W swoim kierunku, ku widnokręgowi, który coraz jaśniej emanował światłością. Trudno też określić, w którym dokładnie momencie wszystko wróciło do normalności, a on, nagle szarpnięty, wybudził się. Krajobraz za oknem dawał jasno do zrozumienia, że nastał nowy dzień. Jak zwykle, wzrok wbity w sufit, a umysł zaprzątnięty kłębkiem myśli… 

Spojrzał kątem oka na biurko stojące na prawo od niego i zapragnął, o dziwo, wpuścić duże porcje światła do pokoju z racji, że tego dnia słońce świeciło wyjątkowo intensywnie. I wtedy przeraził się dziwnie znajomym szelestem. Czy to zwierz sunący po trawie, czy ptak w gnieździe? Ale przecież nie to powstrzymało go przed odsłonięciem rolet. W lewej dłoni skrywał coś, co skutecznie opóźniło ten żmudny, karkołomny proces – zgiętą w pół karteczkę samoprzylepną. Jednak czuł, że jeszcze nie pora. Nawet nie wiedział, na co, ale odłożył ją na biurku, obok napisanego wieczorem listu. Do kiedyś!

Poszedł do kuchni i tam spojrzał na zegar – godzina jedenasta siedemnaście. Tylko jak to jest możliwe, że po siedmiu godzinach snu czuł się lżej i nie piekły go oczy? Generalnie nie miał potrzeby dalszego spania! Gdyby całe weekendowe popołudnie przeleżał w łóżku, dopiero poczułby satysfakcję emocjonalną, gratyfikując sobie dalszą ucieczkę. Wziął duży łyk świeżo przyrządzonego naparu z rumianku i począł nieśmiało wałęsać się po domu. Z salonu do łazienki i z obserwowania rybika cukrowego w toalecie do podziwiania wykładziny z linoleum w salonie. Aż dotarł do sypialni. Nie wiedział z początku, czyjej. Gdzie ta ciemność, która tak jego oczy utulała do snu i pogrążania się w melancholii? Ah, kąty rozpromienione, ściany łykające promyki światła, jak sucha trawa na widok słońca – nie mógł przewidzieć, że pierwszy od dawna moment udostępnienia pomieszczeniu światła mógł aż tak rozpromienić i rozgrzać jego skąpane w ciemności kąty, by strumienie światła spowodowały zajęcie się listu.

Pijąc herbatę z rumianku, której zwykle nienawidził pić i zapewne nie do końca wiedział, co go podkusiło, by ją przygotować, wpatrywał się w niknące świadectwo wielce przejęty.

Wnioski wszelkie wyciągnąłem, przepraszałem. – śledził wzrokiem kolejne linijki tekstu napisanego chyba przez osobę, której mocno trzęsły się ręce.

I tak wykreśliłem twoje imię

Bóg wie jak to się potoczyło, że tego pamiętnego popołudnia coś pękło.

– […] ale przecież każda sztuka musi zostać odpowiednio zwieńcz…

Coraz to czerniejące, tracące na wartości wyrazy. Przestawała być oczywista, z każdym, pełnym żałości słowem, które wpadało w rude objęcie, odpowiedź na pytanie: “Co bardziej śmierdzi: sama płonąca kartka, czy jej zawartość?” Ostatecznie obydwa te nieprzydatne rupiecie wylądowały w śmietniku, tam, gdzie ich miejsce.

Za to cały pozostał papierek, który chłopak znalazł… no właśnie nie potrafił sobie przypomnieć, gdzie. Tak samo nie wiedział, kiedy po raz ostatni coś mu się przyśniło. W jaki sposób może zapamiętywać swoje sny (oczywiście, w przyszłości)? Może powinien zainwestować w łapacz snów? Choć jeśli o czymś zapomniał, najwyraźniej jego umysł nie uznał tego za wystarczająco istotne, i skazał na wygnanie. Nie pamiętał nawet kierunku swojego spaceru po domu. O rybiku cukrowym żyjącym w jego łazience pewnie też zapomni. Najważniejsze, że nie zadał sobie trudu, by ciągle mieć na uwadze wysiłek, żeby dotrzeć do jasnego pokoju. Jak dobrze służy umysłowi czystość. Czuł w ustach jedynie roślinny posmak uprzednio wypitego naparu, ale nic w głowie. A w dłoni wymiętą karteczkę samoprzylepną. W duszy – iskierkę. Po prostu. Stało się coś niemożliwego, to znaczy nadszedł ten moment, kiedy mógł spojrzeć na to, co kartka skrywa. Tak więc ostrożnie ją rozłożył.

Okazało się jednak, że było to zdjęcie, ale wiele rzeczy w nim nie pasowało. 

Między innymi karykaturalny obraz człowieka. na którego twarzy były widoczne ciemne, podkrążone oczy, głębokie zmarszczki ozdabiające czoło pracą i doświadczeniem, czarne usta układające się w paskudny uśmiech i wykrzywiony nos, a z głowy wystawały diabelskie rogi. Do pogratulowania artyście zręcznej kreski. Młodzieniec od dawna takiej nie widział, a jednak z dziełami sztuki wielokrotnie miał do czynienia.

Tym razem to, co go poruszyło, to wizja artystyczna. Jak bardzo musi malarz wytężyć zmysły, by swój specyficzny obraz danej scenerii przenieść na płótno – tego nie było dane odkryć takiemu śmiertelnikowi, jakim on jest. Bo jest tylko obserwatorem w muzeum, ale nie ma w sobie daru tworzenia własnej, uplastycznionej wersji rzeczywistości. Ciekawe, że ta konkretna, którą miał zaszczyt trzymać, wyjątkowo łatwo się rozmazywała pod wpływem ludzkiego dotyku, można więc było jeszcze bardziej obrzydzić widniejącą postać, lub obraz wymazać i pożałować, że się naruszyło jego strukturę. Gdzie więc są odciski palców? Czyżby to dzieło markera? Podobne zaskoczenie wywołał w młodzieńcu sam fakt, że ktoś tak zinterpretował czyjąś postać i taki wizerunek wymalował. Wizerunek kogoś z piekła urwanego. Zdaje się, że osoba na pierwszym planie dokonała okrutnych rzeczy, jeśli została przedstawiona w tak ponury sposób. Nie mógł jednak nie zaznać katharsis, wpatrując się w nie. Bo po co żyć tragizmem odrzucania wartości sztuki? Choć wiele zdjęć ludziom robiono. Wieloma filtrami twarze traktowano, ten jednak przykuł uwagę młodzieńca najbardziej. Zaśmiał się. 

Jak w wielu  innych sytuacjach, gdy oglądał swoje własne zdjęcia. 

Chyba na taki exodus liczył.

 

Igor Jarczyński


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.