Piękno przemija, a człowiek się starzeje. Wydawałoby się, że zdołaliśmy się do tego dostosować. A jednak – po osiągnięciu określonego wieku jest się w pewnym stopniu spisywanym na straty. Nawet jeśli wygra się Oscara czy jest gwiazdą telewizji – nie ma rady. Ale nie ma czego się obawiać – szybko znajdą kogoś, kto bardziej wpisuje się w kanony piękna i podpasuje widowni!
(Recenzja zawiera spoilery)
Lek na starzenie
Właśnie ten problem spotyka główną bohaterkę Substancji – jednego z najgorętszych horrorów 2024 roku w reżyserii Coralie Fargeat, nagrodzonego m.in. Złotym Globem czy nagrodą Critics Choice i pięciokrotnie nominowanego do Nagrody Akademii. Mowa o Elisabeth Sparkle (w tej roli Demi Moore), którą poznajemy jako gwiazdę odnoszącego spore sukcesy programu o aerobiku. Problem pojawia się jednak, gdy kończy pięćdziesiąt lat. Zgodnie z wizją szefa – i nie tylko – jest już nieatrakcyjna, nie potrafi przyciągnąć oka widza i zestarzała się. W skrócie: koniec świata. Trzeba poszukać nowszego modelu, nowej Elisabeth Spark, najlepiej takiej, która jest jeszcze przed trzydziestką! Tak oto, wraz ze zwolnieniem z pracy, aktorka wpędza się w autodestrukcyjne koło.
Odkrywa bowiem tytułową substancję – zielony płyn, który pomaga wyzwolić nową, piękną wersję siebie i zachować młodość. Dosłownie, wyzwolić, bo w obrazowy i krwawy sposób widzimy wyjście tej atrakcyjnej wersji Elisabeth – Sue (w tej roli Margaret Qualley) – z jej ciała. Jak to wpływa na jej życie? Nagle sąsiad, z którym dotychczas Sparkle była pokłócona, zakochuje się w Sue. Młoda kobieta zachwyca na castingu i przejmuje rolę Elisabeth w nowym programie telewizyjnym o aerobiku. Robi furorę, bryluje na bilbordach i znacznie podbija oglądalność stacji. Tego wszyscy chcieli – uśmiechniętej, uroczej dziewczyny, która może i niewiele ma do przekazania, ale ma atrakcyjną sylwetkę, śliczny uśmiech i jakoś ten aerobik uprawia przed kamerami.
Środek uzależniający
Przyjęcie tytułowej substancji wiąże się z pewnym cyklem: dla równowagi, co siedem dni Sue musi się wymieniać z Elisabeth, a przez pozostały tydzień jedna z tych wersji – pozbawiona przytomności – jest żywiona jedną porcją płynu stabilizującego na każdy dzień. Przy czym obie wersje dzielą jedną i tę samą świadomość. Tutaj twórcy dali sobie bardzo szerokie pole do opisu gonitwy za młodością, przemijaniem, z którymi zmaga się pięćdziesięciolatka – i zapewne nie ona jedyna. No właśnie, jak tu wrócić do starszej, powszechnie nieakceptowanej siebie, gdy można pozostać piękną, rozchwytywaną i dobrze prosperującą? Rozpoczyna się stopniowe zatracanie Sparkle we własnej, młodszej kopii. Problem uzależnienia się od młodości został ukazany niezwykle starannie i, szczerze, trudno nie powiedzieć więcej o fabule filmu. Tak naprawdę każdy jej element został wprowadzony po coś. Wszystko zostało dokładnie zaplanowane i za to należą się brawa twórcom.
Bo, paradoksalnie, przedłużanie powrotu Sue do właściwego ciała doprowadza pięćdziesięcioletnią Elisabeth do przyspieszonego starzenia fizycznego – które również zostało szczegółowo ukazane w filmie. Chodzi w końcu o pewne skrytykowanie tego całego szumu wokół zatrzymywania czasu i odmładzania się na siłę. Ale to nie tak, że w Substancji krytyce podlega sama jednostka, która stosuje rozmaite zabiegi i od których się uzależnia. Tak samo niekoniecznie te zabiegi są na celowniku Fargeat, choć i one zostały zaprezentowane w sposób karykaturalny, ale symboliczny. Przecież nikt nie mierzył do Sparkle z pistoletu i nie kazał jej zażyć tę zieloną substancję. Ona została postawiona przed faktem dokonanym – że w ogóle taki środek, pozwalający na odkrycie nowszej wersji siebie, istnieje, oraz można go przyjąć. Dobrze, że ten film w ogóle wie, z czym wyjść do ludzi, a twórcy rozumieli, na czym polega omawiany przez nich problem. Krytyce podlegają przede wszystkim postawy zakorzenione w społeczeństwie, które doprowadziły do tego, że główna bohaterka zdecydowała się zamówić zestaw z substancją.
Przecież ludzie preferują tę młodszą wersję Elisabeth, co ją drażni, ale i tej młodszej wersji niespecjalnie spodoba się fakt starzenia, konieczności powrotu do starej siebie i generalnie kolej rzeczy. Z jednej strony odmładzanie się na siłę (tu przychodzą na myśl wszelkie zabiegi plastyczne, jakim poddają się celebryci) jest krytykowane w mediach, ale z drugiej – panuje kult młodości. Wszędzie promowane są idealne sylwetki i młode twarze, a za pokazanie zmarszczki można zostać mocno zhejtowanym. I nawet jeśli Liz zechce cofnąć procedurę, od której uzależniła się, to fizycznie nie może odwrócić zmian.
Kuracja przeciw dyskryminacji
Bohaterka skończy tragicznie – przez to, że Sue przekroczyła termin, w jakim musiała zamienić się na ciała, Sparkle straciła ludzki kształt i zaczęła wyglądać po prostu odrażająco. To, nieco przerysowanie, ale dobitnie pokazuje, że prędzej czy później nieakceptacja swojego wieku prowadzi do zatracenia tego, co czyni nas autentycznymi. Tutaj muszę zaznaczyć, jak genialnie wypadła Moore w tej roli. Nie wiem, czy inna aktorka byłaby w stanie równie precyzyjnie oddać cały wachlarz emocji towarzyszących bohaterce, jak ona. Jej powrót do świata kina po kilkuletniej przerwie zdecydowanie należy zaliczyć do udanych. W końcu spośród licznych nominacji, jakie Substancja uzyskała, ogromna większość nagród powędrowała właśnie w ręce Demi. Zapewne rola w filmie musiała być niezłą okazją do pewnego rozliczenia się z samą sobą i krytykami – w końcu Moore swego czasu również zmagała się z ageizmem. Może dlatego tak wiarygodnie oddała całą wściekłość Elisabeth.
W ogólnym rozrachunku z Substancją, mamy do czynienia z satyrą w konwencji body horroru chcącą walczyć przeciwko ageizmowi. Robi to w konkretny sposób: sceny są bardzo wymowne, a płynące z nich treści są prezentowane widzowi w sposób wręcz oczywisty. Znakomicie sprawdza się zręczne operowanie kamerą i gra ciszą, żeby widz sam połączył kropki, a przekaz głośniej rozbrzmiał. Chodzi o to, że kluczem do zaznania spokoju jest pogodzenie się z upływem czasu, co Fargeat prawie na każdym kroku (lub kadrze?) usiłuje podkreślić. Usiłuje, stosując groteskę, zreferować, że gonienie za młodością jest bezcelowe i niesamowicie krzywdzące. Że prowadzi do całkowitego zagubienia prawdziwego siebie, o czym przekona się również Sue. I ona zażyje substancję, ale w efekcie dosłownie przestanie wygladać jak człowiek.
Tu dochodzę do zakończenia filmu i, szczerze, mam mieszane uczucia. Z jednej strony widzimy rozlew krwi, który przypomina nieudaną, tanią próbę wplecenia kolejnego elementu grozy, czego i tak widz doświadcza. Z drugiej mam wrażenie, że jest to szczególnie głęboka scena. Nie ma to jak przerazić się, wyzywać od dziwolągów i krzyczeć, bo dostrzegło się tak naprawdę konsekwencje własnego podejścia. Myślę, że przy oglądaniu filmu przynajmniej części widzów nasunie się podobna refleksja. Tutaj tak naprawdę zbesztani są ludzie, którzy przyczynili się do upadku Elisabeth i narodzenia w niej obsesji na punkcie własnego ciała i młodości. Obrzydliwa forma (Sue) stojąca przed sporym tłumem ludzi, z której na pełnych strachu obserwatorów tryska ogromna ilość krwi, stanowi poniekąd karykaturalne ujęcie tego, co film chce wytknąć – hipokryzji w społeczeństwie i pielęgnowania ageizmu. I to ich hektolitry leją się z jej ciała.
Warto także wspomnieć, jak dobrze spisała się Margaret Qualley, u której na plus zdecydowanie wypada świetne oddanie roli Sue jako pięknej, ale niemającej zbytnio nic do powiedzenia aktorki, jak i jej gniewu, rozpaczy w momentach, gdy musi zamienić się na ciała. No i grand finale również należy do niej. Dotknęła mnie także sama końcówka filmu, pokazująca, że Ci sami ludzie, którzy wznoszą innego człowieka na wyżyny popularności, są w stanie mu ją odebrać i doprowadzić do upadku. Zniszczyć, przeżuć, zdeformować i wypluć. Takie prawa rządzą Hollywood. Tego twórczyni filmu – Coralie Fargeat – nie bała się przekazać. Trzeba też przyznać, że w pewnym momencie wszelkie deformacje ciała są prezentowane wręcz pretensjonalnie. Niemniej, chyba taki właśnie miał być sposób przekazu. Wyegzaltowany, turpistyczny, krzykliwy. Tak samo nie bano się zbliżenia na figurę Sue ćwiczącej przed kamerami – może i niektóre ujęcia wydawały się trochę “na siłę”, ale w końcu chodziło o wyśmianie oceniania po okładce.
Nic więc dziwnego, że Substancja okazała się hitem. Co prawda z pięciu nominacji do Oscarów zdobyła tylko jedną statuetkę, jednak warto tu zaznaczyć, jak duży sukces osiągnęła i jak istotnym pretendentem do wszystkich kategorii była. Wiele filmów widzieliśmy, które rozliczały się z kwestią równości, ageizmu, feminizmu – coś w Substancji jednak sprawia, że trudno przejść obok niej obojętnie. W tych dwóch godzinach zawiera się solidna dawka gry absurdem, karykatury i otwartego wyszydzenia dzisiejszych standardów i podejścia do starzenia się.
Igor Jarczyński
Dodaj komentarz