Wicked śmiało można nazwać największą premierą minionego roku. Nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę znane i głośne nazwiska w obsadzie, czy fakt, iż jest to ekranizacja cenionego musicalu. Patrząc na odbiór filmu, wydaje się, że sporo osób film pokochało. Dlaczego zatem ja w tytule nazywam go nijakim
Muszę zacząć od tego, że nie znałam (i nadal nie znam) musicalu, a kraina Oz nie należy do moich ulubionych franczyz. Filmem zainteresowałam się głównie przez szum medialny, który wywołał. Podchodziłam do niego bez większych oczekiwań, ale na pewno wydawało mi się, że podczas seansu poczuję… coś. Tymczasem, gdy pojawiły się napisy końcowe, byłam tak samo obojętna na to, co właśnie zobaczyłam, co przed rozpoczęciem seansu.
Na pozór wszystko gra, wszystkie składniki potrzebne do stworzenia dzieła idealnego są na swoim miejscu. Śledzimy historię młodej zielonoskórej czarownicy, która przez swoją karnację nie ma w życiu łatwo. Pewnego dnia szczęście się jednak do niej uśmiecha i zostaje uczennicą szkoły magii, co daje jej szansę na poprawę swojego losu, spełnienia najskrytszego marzenia, doszlifowania talentu magicznego, a nawet zawiązania przyjaźni. Jako widzowie, możemy łatwo utożsamić się z Elfabą i jej sympatyzować.
Aktorsko również jest dobrze. W głównych rolach zobaczyć można Cynthię Erivo i Arianę Grande, które widocznie bawią się swoimi postaciami i dobrze czują na planie. Do tego film zachwyca wręcz aspektami wizualnymi. Scenografia i kostiumy przenoszą nas w baśniowy klimat, piosenki zostają z widzem na długo po zakończeniu oglądania, a dialogi trafiają w punkt.
Co więc jest nie tak? Niestety zawodzi sama opowiadana historia. Bo o ile na powierzchni widać ciekawą opowieść, po zagłębieniu się w nią zamiast wpaść na głębokie wody kontekstów, ukrytych znaczeń i dobrze zarysowanych postaci, odbijamy się od dna w płytkiej kałuży.
Nie wiem do końca, jaka jest główna oś fabularna tego filmu. Niby jest nią przyjaźń Elfaby i Glindy, jednak ta relacja rozwija się zdecydowanie zbyt szybko (biorąc pod uwagę, że film trwa ponad dwie godziny, jest to pewna ironia) i ich konflikt w przyjaźń przechodzi przy pomocy jednej tylko sceny, która wydaje się lekko wymuszona przez scenariusz. Chodzi o scenę, gdzie wszyscy uczniowie wybierają się na potańcówkę do klubu. Nie było przecież żadnego dobrego powodu, by Elfaba budziła w środku nocy swoją nauczycielkę i kazała jej biec do Glindy teraz i natychmiast. A gdyby nie informacja, którą ta Glindzie przekazała, blond włosa czarownica nie zmieniłaby swojego zachowania wobec Elfaby (a warto przypomnieć, że była gotowa zrobić z niej pośmiewisko). Nie zatańczyłaby z nią, tym samym okazując wsparcie i dając początek ich przyjaźni.
Innymi ważnymi punktami fabularnymi wydają się być marzenia Elfaby o spotkaniu czarodzieja, konieczność zapanowania nad jej ogromną mocą oraz problem usuwania z krainy Oz mówiących zwierząt. Te dwa punkty również zostały jednak zarysowane w dwóch czy trzech scenach i w konsekwencji rozgrywały się gdzieś w tle.
Najbardziej jednak rozczarował mnie sam finał. Spotkanie czarodzieja, tak wyczekiwane przez Elfabę, a w konsekwencji przez widzów, było czymś bez wyrazu. Czarodziej wiedząc, na czym zależy Elfabie (bo scenę wcześniej mu o tym powiedziała) natychmiast wyjawił jej swój plan zakładający zniszczenie tej rzeczy, a potem dziwił się, dlaczego czarownica nie chce mu pomóc. Do tego Elfaba bardzo szybko zrezygnowała z marzenia, które pielęgnowała całe życie. Możemy domyślić się dlaczego, jednak w filmie brak podbudowy, która wyjaśniłaby, dlaczego aż tak bardzo zaczęło jej zależeć na czym innym.
Podsumowując, wszystkie wątki zarysowane w Wicked wydają się bardzo płytkie i słabo zarysowane. Mimo bogatego materiału, nie wyniosłam z seansu żadnej ciekawej i wartej zapamiętania opowieści. Samo opakowanie jest naprawdę urocze, cieszy oko. Mimo to jednak jego zawartość wypada po prostu nijako.
Zuzanna Skwarek
Dodaj komentarz