Filmowa adaptacja Wicked to coś, na co fani musicalu czekali z niecierpliwością i jednocześnie z obawą. Jako zagorzała wielbicielka wersji scenicznej, a zwłaszcza oryginalnej obsady broadwayowskiej, muszę przyznać, że adaptacja filmowa budzi we mnie mieszane uczucia. Choć widać ogromne starania, by oddać ducha spektaklu, wiele zmian wydaje się zbędnych, a niektóre wręcz odbierają produkcji to, co czyniło Wicked tak wyjątkowym.
Jednym z największych problemów jest sposób, w jaki potraktowano tempo niektórych piosenek. W wersji scenicznej każda nuta i każde słowo mają swój cel – budują napięcie i dramaturgię. W filmie natomiast zdarza się, że tempo nagle zwalnia lub przyspiesza, a między wersami pojawiają się zbędne dialogi, które nie tylko zaburzają rytm, ale też sprawiają, że emocjonalna siła utworu zostaje osłabiona. Dobrym przykładem tego zjawiska jest utwór Defying Gravity, który był zwyczajnie zbyt długi i przerwany niepotrzebnymi pauzami. Szczególnie rozczarowujące było dla mnie także Dancing Through Life, które w tej wersji wydawało się być nieco płaskie i o wiele mniej czarujące niż według mnie być powinno.
Na szczęście film ma też swoje mocne strony. Największym atutem tej produkcji są bez wątpienia jej głosy. Cynthia Erivo jako Elphaba jest absolutnie fenomenalna – jej wokal emanuje siłą i emocjonalną głębią, które nadają postaci nową warstwę intensywności. Z kolei w The Wizard and I zachwyca delikatnością i nadzieją, które są kluczowe dla rozwoju jej postaci. Sposób, w jaki marzenia bohaetrki przekazała Cynthia Erivo, jest jednym z najbardziej poruszających momentów adaptacji. Ariana Grande jako Glinda zaskakuje – jej śpiew jest czysty, precyzyjny i pełen charakterystycznej dla tej roli kokieterii. Dodatkowo, wielu wokalistów z obsady pochodzi prosto z desek Broadwayu – co słychać w każdej harmonii i chórze. Dla fanów oryginalnego musicalu to ogromny plus. Filmowe wykonanie No One Mourns The Wicked naprawdę robi wrażenie i jest to najbliższa teatralnemu kunsztowi realizacja w całej adaptacji.
Zdecydowanie cieszy mnie fakt, że twórcy filmu nie zapomnieli o miłośnikach musicalu. Pojawienie się aktorów z oryginalnej obsady było zdecydowanie pozytywnym zaskoczeniem. Idina Menzel i Kristin Chenoweth, choć w krótkich epizodach, dostarczyły fanom prawdziwych emocji. Do tego mnóstwo ukrytych odniesień do musicalu, symboliki (choćby subtelne nawiązania do baśniowej dualności Glindy i Elphaby), czy wizualnych smaczków, które fani oryginalnego Wicked na pewno docenią.
Kostiumy to absolutne arcydzieło i nie dziwi fakt, że zdobyły Oscara. Każdy strój jest dopracowany w najmniejszych szczegółach, oddając zarówno baśniowość świata Oz, jak i charakter poszczególnych postaci. Za te niezwykłe projekty odpowiada Paul Tazewell, pierwszy czarnoskóry kostiumograf, który otrzymał Oscara. Widać, że włożono w nie ogrom pracy i pasji, co sprawia, że wizualna strona filmu zachwyca od początku do końca.
Największym problemem tej adaptacji jest jednak decyzja o podzieleniu filmu na dwie części. Cała historia spokojnie mogłaby zmieścić się w jednej produkcji, a sztuczne rozciąganie fabuły sprawia, że momentami wydaje się ona rozwleczona i pozbawiona rytmu. Co gorsza, mimo długiego czasu ekranowego, wiele piosenek pojawia się dość nagle, bez odpowiedniego budowania emocji, co dodatkowo pogłębia wrażenie nierówności narracyjnej. Brakuje też teatralnego dramatyzmu, który był kluczowy dla scenicznej wersji – filmowa adaptacja jest w wielu momentach zbyt wygładzona i bezpieczna, przez co nie oddaje w pełni intensywności emocjonalnej tej historii.
Film Wicked to piękna wizualnie adaptacja z genialnymi wokalami, ale niestety nie dorównująca broadwayowskiemu pierwowzorowi. Brakuje jej tej wyjątkowej energii i dramatyzmu, które uczyniły sceniczną wersję musicalu niezapomnianym przeżyciem. Mimo wszystko, dla fanów spektaklu to wciąż pozycja obowiązkowa – choćby po to, by zobaczyć, jak ukochana historia prezentuje się na dużym ekranie.
Iwona Kamińska
Dodaj komentarz