„Ja a miasto” to wystawa o relacji między człowiekiem a przestrzenią, którą codziennie zamieszkuje. O miejscach, które mijamy bezwiednie, i tych, które zostają z nami na lata. O tym, jak miasto wpływa na nasze doświadczenia, a jednocześnie jak nasze historie nadają znaczenie ulicom, budynkom i krajobrazom.
Punktem wyjścia są osobiste obserwacje młodych ludzi. Nie przewodniki po mieście ani urbanistyczne analizy, lecz indywidualne opowieści o poczuciu przynależności, anonimowości, odkrywaniu, wykluczeniu czy codziennych rytuałach. Wystawa pozostaje jednocześnie w dialogu z badaniami dotyczącymi jakości życia w miastach, dobrostanu mieszkańców oraz wpływu przestrzeni publicznej na relacje społeczne i samopoczucie. Dane stają się tu jedynie kontekstem dla doświadczeń, które poprzez sztukę odzyskują swój osobisty wymiar.
Instruktarz emocji Niepokój
Natalia Marucha
Czy kiedykolwiek czułeś zaniepokojenie w jakimś miejscu?
Niepokój można określić jako stan podwyższonej ostrożności i spostrzegawczości w wyniku lęku irracjonalnego, nie mającego podstaw w rzeczywistości, bądź strachu wynikającego ze wcześniejszych doświadczeń bądź przez skojarzenie faktów.
Pojawić się może podczas usłyszenia niespodziewanych, nieprzyjemnych wieści; kiedy nie można znaleźć pochodzenia dźwięku; oraz przeczuwania potencjalnego zagrożenia.
Jak osiągnąć poczucie niepokoju:
1.Pora dnia – najlepiej wybrać moment wyjścia od zachodu słońca do jego
wschodu. Ograniczona widoczność pozwala na działanie wyobraźni, by wypełniać luki, pozostawia przestrzeń na zaskoczenie.
2.Miejsce – szukaj przestrzeni ze znikomą ilością lamp ulicznych, ruchu ulicznego, ludzi. Zalecane są przestrzenie parkowów, lasów, zaniedbanych dzielnic, bądź obszary rozpadających się budynków.
3.Uważność – najważniejszy podpunkt. Używaj telefonu jedynie do robienia zdjęć, filmów oraz do rozświetlenia drogi by zobaczyć przeszkody, jeśli nie masz latarki. Telefonu nie używaj do słuchania muzyki, rozmawiania, grania, przeglądania mediów społecznościowych.
Pamiętaj o wyczuleniu swoich zmysłów i skupieniu uwagi na teraźniejszości.
UWAGA:
Pamiętaj by zachować wszelkie środki bezpieczeństwa dotyczących eksploracji. Nie wkraczaj do opuszczonych budowli, odgrodzonych ziem, terenów prywatnych.

Autor: Przemysław Celiński

Autorka: Aleksandra Kołodziej
Nekrolog pluszowego misia
Magdalena Gąsior
Pluszowy miś pojawił się w moim życiu zupełnie niespodziewanie. Pewnego dnia znalazłam go siedzącego między książkami na jednej z półek w moim dziecięcym pokoju.
W pierwszej chwili wcale go nie zauważyłam, ponieważ był wciśnięty głęboko między kolorowe, dziecięce opowiadania z obrazkami. Swoim wyglądem bardzo przypominał mi tytułowego bohatera mojej ulubionej bajki – “Misia Uszatka”. Moją maskotkę ceniłam bardzo. Od moich najmłodszych lat towarzyszył mi w najważniejszych wydarzeniach w moim życiu. Trzymaliśmy się razem podczas pierwszego dnia w przedszkolu, szkole. Razem przeszliśmy przez wszystkie trudne momenty. Pierwsze niepowodzenia i sukcesy. Traktowałam go jak najwierniejszego przyjaciela, z którym mogłam dzielić się wszystkimi przemyśleniami na temat tego, co mnie spotykało w kolejnych dniach mojego życia.
Miś budził we mnie bardzo miłe emocje. Przy nim czułam radość i ciepło. Zawsze był dla mnie ostoją spokoju. Miłość, którą przy nim czułam mimo, że był tylko pluszową zabawką była dla mnie bardzo często głównym źródłem wsparcia w chwilach smutnych i przykrych. Jedną z takich sytuacji był dzień, kiedy moja najlepsza przyjaciółka ze szkoły nie chciała spędzać ze mną wolnego czasu. Twierdziła, że woli bawić się z inna koleżanką, mnie odstawiła na bok. Było mi wtedy bardzo smutno, ponieważ czułam się przez nią odtrącona. Kiedy wróciłam ze szkoły opowiedziałam misiowi historię z całego dnia. Po tym od razu zrobiło mi się lepiej, ponieważ sama możliwość opowiedzenia tego, co mi się przydarzyło sprawiła, że było mi lżej na sercu.
Nasza “przyjaźń” z pluszakiem była bardzo głęboka i trwała wiele lat. Niestety miś, jak niespodziewanie pojawił się w moim życiu, tak samo niespodziewanie z niego zniknął. Pewnego dnia zabrałam go ze sobą na plac zabaw, który znajdował się tuż obok mojego domu. Trzymałam go cały czas na moich rękach. Odłożyłam go dosłownie na chwilę. Chciałam wejść na wyższą drabinkę, a to wymagało ode mnie złapania za szczebelek obiema rękami. Dlatego musiałam odłożyć pluszaka, aby mieć obie ręce wolne. Kiedy zeszłam z powrotem na dół i wróciłam do ławki na której go położyłam, już go tam nie było. Inne dzieci, które były tam razem ze mną już sobie poszły. W takich oto okolicznościach zaginął mój ulubiony miś pluszowy. Po jego stracie czułam ogromny smutek. Było mi bardzo przykro, a łzy same cisnęły mi się do oczu. Nie mogłam uwierzyć w to, że już go ze mną nie ma i prawdopodobnie już nigdy go nie zobaczę. Bardzo długo nie mogłam pogodzić się z jego stratą.

Autorka: Aleksandra Kołodziej

Autor: Przemysław Celiński
Jak brzmi Lublin? – muzyka pędzącego miasta
Gabrysia Marszał
Spóźniliście się kiedyś na busa? Mi często to się zdarza. Zazwyczaj w oczekiwaniu na następne połączenie staram się zabić czas. Sudoku, muzyka, zaległe zadanie na studia – jest wiele opcji. Jednak ostatnio zrobiłam coś innego. Odłożyłam telefon i wzięłam głęboki oddech. Promienie słońca delikatnie padały na moją twarz, a na policzkach czułam przyjemne ciepło. Zamknęłam oczy. Postanowiłam wsłuchać się w odgłosy miasta.
Najpierw wszystko brzmiało jak jeden wielki hałas, jednak już po chwili udało mi się rozróżnić pojedyncze dźwięki. Auta, ciężkie buty uderzające o chodnik, szelest gazety, którą ktoś czytał akurat na przystanku. Otworzyłam oczy. Zaczęłam przyglądać się przechodniom. Miałam wrażenie, że tylko ja dostrzegam otaczające nas szczegóły. Ludzie wokół zachowywali się jak w transie – ze słuchawkami w uszach, oczami wpatrzonymi w ekrany, nogami pędzącymi z punktu A do punktu B. Już chciałam zacząć oburzać się w myślach na wszechobecną obojętność, ale uświadomiłam sobie, że wyglądam dokładnie tak samo. Postanowiłam to zmienić.
Zaplanowałam spacer, eksperyment. Uznałam, że wsłucham się w Lublin. Bez telefonu, muzyki czy towarzystwa. Żadnych rozpraszaczy, tylko ja i otwarte szeroko uszy. Szybko znalazłam pierwszy przystanek, bo już po wyjściu z bloku zwróciłam uwagę na entuzjastyczne okrzyki dochodzące z okolicy szkoły podstawowej. Dziecięce śmiechy i głośne rozmowy wprawiły mnie w nostalgiczny nastrój. Zaczęłam zazdrościć im dziecięcej beztroski – mogą krzyczeć tak głośno, jak im się podoba, nie przejmują się społecznymi konwenansami, ani tym, czy ich zabawa może komuś przeszkadzać. Doświadczają pięknej formy wolności, której my, dorośli, już w sobie nie mamy. Kiedy ostatnio pozwoliliście sobie na krzyk? Chciałabym odzyskać choć odrobinę tej wrodzonej “bezczelności” – pomyślałam i wspominając radosne lata dorastania, zaczęłam iść dalej.
Szybko dotarłam do zielonej przestrzeni, której nazwa to Park Helenów. Kiedyś musiał być tutaj sad, w niektórych miejscach nadal rosły jabłonie. Przechadzając się między drzewami, znów zamknęłam oczy, jak wtedy na przystanku. Co słyszałam? Chrupanie patyków pod nogami. Wiatr, jak oddech natury, poruszający liśćmi. Nieśmiały śpiew ptaków, śmielsze bzyczenie owadów. Wszystko przeplatające się z ledwo słyszalnym szeptem strumyka. To miejsce wydawało się tak spokojne, że prawie zapomniałam, jak blisko miasta się znajduję. Mimo moich zachwytów, przyszedł czas na spacer w stronę serca Lublina.
W kilka chwil znalazłam się w zupełnie innej przestrzeni pełnej ludzi i życia. Postanowiłam wstąpić do kawiarni. Małe pomieszczenie wypełnione po brzegi ludźmi, a w tle cicha muzyka przypominająca tę puszczaną w windach. Zamówiłam dużą, mleczną kawę. Czekając przy ladzie, mogłam odtworzyć pracę ekspresu. Krótkie kliknięcie, szum, zgrzyt mielonej kawy, chwila ciszy, następnie syczenie i przerywany dźwięk spieniania mleka. Kawa gotowa.
Przysiadłam na chwilę, aby nacieszyć się ciepłym napojem. Z każdej strony dochodziły do mnie rozmowy –wyrwane z kontekstu fragmenty historii. Każda opowiedziana z inną emocją, innym natężeniem, inną intencją. Po chwili byłam w stanie oddzielić od siebie pojedyncze głosy, każdy niepowtarzalny, należący tylko i wyłącznie do osoby, na którą patrzyłam. Jedyna własność, której nikt nie był w stanie ukraść. Szmer rozmów przerywał od czasu do czasu szczery śmiech, który po chwili znów ginął w falach dialogu. Przysięgam, że mogłabym siedzieć tam godzinami słuchając, jak stukot filiżanek łączy się z rozmowami, ale wiedziałam, że mam jeszcze wiele do usłyszenia.
Szłam powoli, bez konkretnego celu choć momentami trudno mi było utrzymać skupienie. Bez przerwy zalewały mnie bodźce, a wszystko co słyszałam, to zgiełk. Większość ludzi słyszy tylko to, co miasto do nich wykrzykuje – odgłosy których nie da się zignorować: szum silników aut i autobusów, pisk opon, okazjonalnie klakson lub syrena i sygnał towarzyszący zmianie świateł. Warto jednak wsłuchać się w szepty i szmery, można wtedy usłyszeć: wodę spływającą z dachów i rynien po deszczu, kroki poszczególnych osób, które opowiadają inną historię, skrzypiące drzwi i ogrodzenia, które żyją w tym mieście dłużej niż niejeden mieszkaniec, a nawet ciche buczenie linii elektrycznych. Im więcej detali do mnie docierało, tym większe było moje zaskoczenie. Przecież bywałam w tych miejscach tyle razy. Jak mogłam być tak obojętna?
Spacerując rozmyślałam o tym, jak to miasto wyglądało kiedyś. Kto tu mieszkał? Jakie tajemnice kryły znajome uliczki i jakie wydarzenia rozgrywały się w murach często mijanych kamienic?
Sama nie wiedziałam, jak dotarłam na ulicę Grodzką, na której niegdyś mieszkała słynna piosenkarka z Lublina, Beata Kozidrak. Zaczęłam nucić Blondynkę. Dźwięki piosenki niosły mnie przez miasto. Aż w końcu przed moimi oczami wyrosła archikatedra. Coś podkusiło mnie, żeby zajrzeć do środka.
Po wnętrzu rozeszło się echo pchniętych drzwi. Przysiadłam i zaczęłam podziwiać zdobienia i malunki. Otaczała mnie cisza absolutna, tak przeszywająca, że prawie mogłam jej dotknąć. Z każdą chwilą stawałam się coraz bardziej odprężona i czułam, że rzeczywiście jestem tu i teraz. Mogłam usłyszeć własne bicie serca, uspokoić umysł – podobnie jak podczas medytacji. To wyjątkowe miejsce stanowiło mocny kontrast do tętniącego życiem miasta. Nie wiedziałam, ile czasu upłynęło, zanim wyszłam. Kiedy opuściłam archikatedrę, zrozumiałam, że warto czasem zatrzymać się na chwilę, zapomnieć o codzienności i po prostu być, wsłuchać się w swoje ciało i myśli. Zaczynało się ściemniać.
Droga do domu prowadziła przez miasteczko akademickie. Okazało się, że to ostatni przystanek na dzisiaj. Moją uwagę przyciągnęły głośne śmiechy i rozmowy oraz narastające, entuzjastyczne okrzyki, którym towarzyszyło tupanie na przemian z odgłosami rozczarowania. Przystanęłam zaciekawiona, żeby usłyszeć coś więcej. Wśród ogólnie panującej wesołości było słychać muzykę i brzdęk puszek upadających na chodnik. Podeszłam bliżej, aby całkowicie zanurzyć się w tej frywolnej atmosferze. Tak jak zakładałam, okazało się, że, studenci grali we flanki. Prosta i znana zabawa towarzyska, która w punkt podsumowuje młodzieńczą energię, wolność i głupotę. Dobre zakończenie dnia – uznałam, uśmiechając się do siebie. Czas wracać.
Zbliżając się do swojego mieszkania, czułam się bardziej obecna, a przede wszystkim bardziej świadoma, że bieg, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, odbiera nam najpiękniejsze fragmenty codzienności. Poczułam, że coś połączyło mnie dzisiaj z Lublinem, że stałam się jego częścią. Miasto, które na co dzień było cały czas w pośpiechu, okazało się skrywać nieskończoną ilość historii, w których każdy dźwięk miał swoje znaczenie. Moja mała podróż dobiegła końca, ale wiedziałam, że dopiero zaczynam odkrywać, jak wyjątkowe jest to miejsce.

Autorka: Daria Iwan

Autorka: Aleksandra Kołodziej
We wpisie zamieściliśmy wybrane zdjęcia, wszystkie dostępne pod linkiem: https://drive.google.com/drive/folders/16FDh_08dE1MPrv1t1wWXa2RuJfBKMiE_?usp=sharing
Wszyscy autorzy zdjęć:
– Aleksandra Kołodziej
– Daria Iwan
– Przemysław Celiński
– Idalia Mastalerz
Sfinansowane ze środków UE. Wyrażone poglądy i opinie są jedynie opiniami autora lub autorów i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy i opinie Unii Europejskiej lub programu Europejski Korpus Solidarności. Unia Europejska ani podmiot udzielający dotacji nie ponoszą za nie odpowiedzialności


Dodaj komentarz