Projekt Parsifal – Edwin Sieredziński

Było to jedne z licznych telewizyjnych talk show. Richtenberg siadła wyprostowana, dystyngowana, jak zwykle.
Jej wzrok zawiesił się na bladej twarzy reporterki. Zanim zaczęła się rozmowa, zdążyła ją zmierzyć swoimi
zielonymi ślepiami. Poprawiła jeszcze ręką rude włosy. Później już znalazła się w blasku fleszy.
-Dzień dobry. Szanowni państwo. Przed wami jak zwykle szczera do bólu Zara. – dzisiaj
porozmawiamy o ostatnim wielkim projekcie, reklamowanym jako wspólna inicjatywa ESA i NASA. Projekt
Parsifal. Spotkamy się z jedną z twarzy tego projektu, profesor Caltech – doktor Amelią Richtenberg.
-Dzień dobry… czy tam dobry wieczór – wypsnęło się niechcący Richtenberg, tonącej w oklaskach
zamówionej publiczności w studiu.
-Czy to będzie mały krok dla człowieka, a wielki dla ludzkości? – Zara przeszła szybko do ofensywy
-To nie tak – Richtenberg zaczęła mówić – Planujemy na razie okrążenie Marsa. Znaleźliśmy się w
bardzo dobrym położeniu, kiedy jest on blisko ziemi. Statek załogowy odbędzie półtora roczny lot wokół Marsa.
-Czyli nie planujecie lądować na powierzchni Czerwonej Planety?
-Teraz nie. Przewidujemy jednak następną misję załogową. Już dostała roboczy termin Galahad.
-Skąd takie nazewnictwo? – zdziwiła się Zara – Kiedyś to nazywano wszystko z greckiej czy rzymskiej
mitologii.
-A dlaczego nie podkreślać innego, zachodniego dziedzictwa kulturowego?
-Ale czy nazwa Parsifal nie jest dla nikogo dyskryminująca? Tak się nazywała opera Wagnera, a
wiadomo, że to był ulubiony kompozytor Hitlera.
-Zara! – wyrwało się Richtenberg – A to, że Hitler lubił dzieci i zwierzęta, to oznacza, że je też mamy
bojkotować.
Przez salę w studiu przeszła fala dziwnego zmieszania, jakby ktoś powiedział rzecz oczywistą, którą
jest niezwykle ciężko przyznać.
-Proszę pani – Richtenberg mówiła nadal – legendy arturiańskie stanowią wspólne dziedzictwo naszej
cywilizacji. One są takim samym kodem kulturowym jak grecka mitologia. Swego czasu nazwano oblot wokół
księżyca Arthemis. Teraz nasuwałaby się nazwa Ares, od greckiego boga wojny, oczywista zresztą, bo Mars to
jego rzymski odpowiednik – zaczęła się rozwodzić, patrząc na zmęczoną dyskusją twarz Zary – ale czy to nie
byłoby nudne? Zatem misję oblotu wokół Marsa i zrobienia szeregu dokładnych zdjęć oraz nagrań nazwaliśmy
Parsifal. Wypróbujemy również trajektorię. Dokonamy wielu pomiarów atmosferycznych, będziemy wiedzieć z
czym mamy do czynienia. Później wyślemy misję na powierzchnię, ona się będzie nazywała Galahad, od
rycerza, który dotarł do Graala.
-Ale skąd takie nazwy?
-Wobec wznowienia wyścigu kosmicznego trzeba nawiązywać do zachodniego kodu kulturowego.
Zwłaszcza wobec Rosji i Chin. Pokazywać, że nadal jesteśmy silni i wierzymy w jakieś wartości.
-A co będzie można zaobserwować na Marsie? Co tam takiego ciekawego?
-Wyobraża sobie pani górę wysoką na dwadzieścia sześć kilometrów. Jest to Olympus Mons, dawny
wulkan. Podobnie czy jest pani sobie wyobrazić wąwóz głęboki na jedenaście kilometrów?
-No nie.
-To na Marsie jest taki. Nazywa się Valles Marineris.
-To faktycznie ciekawe struktury – zdziwione spojrzenie Zary mówiło wszystko.
-Poza tym Mars może nam pomóc w zrozumieniu przeszłości Ziemi, pochodzenia życia na niej, a nawet
przyszłości. Ta planeta jest dla nas istotna.
-Ale dlaczego posyłać i narażać ludzi?
-Przecież ludzie lubią odkrywać i przekraczać granice. Samo takie przeżycie jest ekscytujące, czy
będzie to nowe miejsce, czy przekroczenie granicy prędkości dźwięku. Kiedyś to wyprawa wielorybniczym
statkiem żaglowym na Antarktydę była jak wyprawa na księżyc. W naszym gatunku jest taki instynkt.
-Ale wysyłaliśmy łaziki..
-I ile one były w stanie zebrać informacji. W zasadzie nadal nic nie wiemy o Czerwonej Planecie.
Człowiek jest bardziej rozumny niż najlepsza maszyna. – Richtenberg zabrzmiała nieco bardziej wyniośle.
-Ale co my mamy jako przeciętni ludzie z takich projektów? – Zara zadała błyskotliwe pytanie. – Czy
nie lepiej wydać pieniądze na leczenia raka? A może na ochronę wielorybów?
-Wszyscy na tym korzystamy. Rozwijane są technologie, które przekładają się na każdą dziedzinę
życia, od tworzyw sztucznych aż po elektronikę. Dodatkowo zdobywamy istotne dane medyczne. Wie pani, ile
będzie można informacji zdobyć od ludzi przebywających tyle czasu w kosmosie. Teraz rozwijamy także nowy
napęd. Spece z Jet Propulsion Labs pracowali nad napędem Orion. Zostanie on uruchomiony powyżej linii
Karmana. Wówczas jedno mocne uderzenie i prosto na Marsa.
-Co to jest linia Karmana?
-Umowna granica atmosfery ziemskiej, sto kilometrów powyżej poziomu gruntu.-W porządku – Zara zdała sobie sprawę, że wyszła na idiotkę – A co trzeba zrobić, żeby zająć się
badaniami kosmicznymi? Co pani radziłaby młodym ludziom?
-Co? Przede wszystkim słuchać swojego serca i intuicji. Po drugie, uczyć się nauk przyrodniczych i
technicznych, także je studiować. Tu się spotykają różne dziedziny. Ja na przykład jestem ekspertem w
badaniach planetarnych. A w naszym zespole są też fizycy, chemicy, mikrobiolodzy, a nawet paleontolodzy.
-Czyżby oczekiwali państwo dinozaurów?
-Nie rozumiem, czemu paleontologię wiąże się koniecznie z dinozaurami, od biedy mamutami, a
zapomina się, że jest cała masa mikroskamieniałości. Liczymy przecież na znalezienie śladów życia na Marsie.
-A co ze słynną twarzą z Cydonii? – Richtenberg była nieco zaskoczona – jakby była gotowa mieć Zarę
za mało błyskotliwą różową lalkę.
-To było złudzenie optyczne.
-Dziękuję państwu za uwagę. Przed państwem była jedna z twarzy wielkiego projektu, największego od
czasów programu Apollo, Amelia Richtenberg.
Znowu rozległy się sztuczne brawa.
-A zaraz porozmawiamy z Britney Spears – stwierdziła Zara, entuzjazm był dużo bardziej widoczny
Richtenberg zeszła ze sceny. Podeszli do niej jej koledzy z zespołu, Juan i Cezar.
-Po co było o tym Hitlerze? – rzucił się Cezar.
-Przecież to się wytnie – stwierdził Juan.
-Właśnie – uznała Richtenberg – Panowie, przecież pół wywiadu się wytnie. W zasadzie nasza
gospodarz musi wyjść na mądrą. A w zasadzie… jak wypadłam?
-No, byłaś olśniewająca – stwierdził Juan
-Jak zwykle – dodał Cezar.
-Darujcie sobie już tą wazelinę – uznała Richtenberg.
Opuszczali studio nagraniowe telewizji CBC. Nie mieli ochoty na dalsze rozmowy. Wsiedli do ukrytego z dala
od gapiów starego lincolna. Za kierownicą zasiadł Juan.
-A teraz prosto na Florydę.
-No tak! – stwierdziła Richtenberg. – Z jednej strony mam dosyć tego zgiełku. A wiecie, co… jestem
jedną z twarzy projektu większego niż Apollo czy Projekt Poznania Genomu Człowieka. I co? I ludzie bardziej
fetują jakąś podstarzałą gwiazdkę tandetnego popu.
-Spokojnie – odrzekł Cezar – Ama. My zawsze byliśmy za muzyką rockową. Hard rock hallelujah! –
nawiązał do starej, metalowej fińskiej piosenki
-Ale że nas naukowców tak nisko cenią. Jakbym była wypłochem, co zabłądził.
-Już nie bądź taka zazdrosna – stwierdził Cezar – Przecież i tak narobiłaś teraz wywiadów tyle,
telewizyjnych, radiowych, że ta prukwa może tylko nam pozazdrościć. A ile wejść mają nasze profile na
Facebooku, Instagramie… Czy ta raszpla ma miliard followersów?
-No dobra. Chyba czasem przesadzam. Ale wiecie – mówiła Richtenberg – co myślę o takich różowych
zdzirach?
Wyjechali bocznymi uliczkami lincolnem, wjeżdżali na autostradę. Do rozmowy włączył się Juan.
-Słuchaj. Za dwa dni na Canaveral wszyscy będziemy bohaterami. Pomyśl – mówił – od takiej Britney
Spears to nie nazwą kiedyś obszczanego przez psy skwerku. A od nas będą nazywali ulice, szkoły i place.
-Może jestem tym wszystkim już nieco zmęczona.
-Ja ci mówię – Juan kontynuował – potrzebujesz dłuższego relaksu i jakichś wakacji.
-Nie wiem, co to jest, od kiedy skończyłam szesnaście lat.
-To tym bardziej.
-Wyśpię się to chyba w grobie – z przekąsem dodała Richtenberg.
Przylądek Canaveral znany był z odlotów wszystkich statków kosmicznych. Cała ekipa od projektu Parsifal
zebrała się w kokpicie. Patrzyli na siebie z wielką niecierpliwością. Widzieli już stojącą na postumencie rakietę
mającą zabrać astronautów w stronę Czerwonej Planety. Richtenberg robiąca przez szereg miesięcy za twarz
projektu czekała na ten dzień. To było najważniejsze wydarzenie w jej życiu, może nawet ważniejsze i
istotniejsze niż fakt jej narodzin.
Stali w milczeniu i czekali. O wiele bardziej gardłowali dziennikarze owego słonecznego dnia.
-Zastanawiałam się, czy może nie lepiej byłoby wybrać inne miejsce do startu? – Richtenberg raczyła
się odezwać.
-A czemu? Mamy piękny majowy poranek – rzucił Cezar.
-Może lepiej byłoby z Namibii albo Chile. Tam zawsze jest czyste niebo. Do tego zaraz się przyczepią
nas, że to terytorium USA.
-E tam. Ama. Bajdurzysz. Popatrz, ile zrobiliśmy. Ty to jakaś nieswoja jesteś ostatnio – Cezar
kontynuował – Juan miał rację. Dłuższe wakacje ci się przydadzą.Dziennikarze paplali trzy po trzy para piętnaście, jak to pismaki nie rozumiejący powagi wydarzenia.
Zaczęło się odliczanie. Dziesięć… Richtenberg rozglądała się nerwowo po kokpicie, wodząc oczami po całym
pomieszczeniu, zerkając też na sam pojazd. Dziewięć… Parsifal. Dzieło europejskiej i amerykańskiej myśli
technicznej. Przecież silniki budowane przez Jet Propulsion Labs, Daimler-Benz oraz Lockheed-Martin nie
mogą zawieść. Osiem… Głęboki oddech i głębokie spojrzenie na maszynę. Siedem… Cisza. Sześć… Tyle
roboty. Ludzie musieli znowu uwierzyć w program kosmiczny. I uwierzyć przede wszystkim w swoją dumę.
Jakoś w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych potrafili nie chcieć zasypiać pod czerwonym, radzieckim
Księżycem. Pięć… Kolejny głęboki w dech. Cztery… silniki zaczynają pracować. Trzy… unosi się dym. Dwa.
Jeden.
Poleciał. Richtenberg odetchnęła z ulgą. Teraz będzie trzeba wszystko skomentować. Kilku
dziennikarzy z różnych krajów przyszło do kokpitu naukowców i inżynierów, chciało się czegoś dowiedzieć.
-Kto tam poleciał? – zapytała się jedna dziennikarka
-Jest mieszana ekipa. Amerykanie, Niemcy, Brytyjczycy także astronauta z Polski, Japonii, Francji oraz
Izraela. John McKenna, były pilot wojskowy, Jürgen Gröltsch – także były pilot wojskowy, John Fergusson –
kolejny wojskowy, a także są tam Adam Podolski, Shinzo Nakamura, Jean Baptiste Delage i Aaron Kocman. To
są naukowcy – fizyk i fizykochemik, astronom i geolog, lekarz, specjalista w dziedzinie medycyny kosmicznej,
oraz mikrobiolog i biolog molekularny. W swoich krajach reprezentują oni renomowane placówki badawcze.
-Ile trwały przygotowania?
-Kilka miesięcy.
-A jakie było kryterium typowania?
-Chcieliśmy, aby ekipa była maksymalnie wielonarodowa.
-Ale dlaczego nie leci żaden czarnoskóry czy Afroamerykanin?
Na to pytanie wygadana Richtenberg nie znała odpowiedzi. Założyła, że pewnie to też się wytnie.
Łączność radiowa z załogą została przerwana. Takie już uroki przelotu przez jonosferę. Był problem ze
wznowieniem. Po chwili wszyscy odetchnęli z ulgą. Richtenberg także. Wróciła do udzielania wywiadów
dziennikarzom. Wiedziała od biedy, że pewne kwestie można wyciąć. Ulżyło jej, więc mogła pozwolić sobie na
teksty nie zawsze zgodne z modną polityczną poprawnością.
Cały świat przez długie miesiące nasłuchiwał wieści z Marsa. Oglądał zdjęcia Valles Marineris, czapy lodowej.
Przysyłano również relacje poszczególnych astronautów. Jakoś zawsze pozdrawiali oni rodziny i mieszkańców
swoich krajów. Pokazywano także codzienne życie na okręcie Parsifal. Ten cały cywilizowany świat wstrzymał
oddech.
Wszyscy czekali na przylot astronautów. Ten dokonał się na południowym Pacyfiku w okolicach
Wyspy Wielkanocnej. Dziennikarze ze wszystkich zakątków globu pokazywali astronautów pośród
majestatycznych posągów maui. One zawsze patrzyły w gwiazdy, w świat, z którego właśnie powrócili
astronauci.
Twarz Richtenberg nie zdradzała żadnych emocji. Była zimna i martwa, jak zazwyczaj. Rzadko
spotykany jest to widok u kobiety. Spojrzenie zdradzało zamyślenie i wielkie skupienie tak typowe dla jej
konterfektu. Nie wyglądała na szczególnie rozmowną. Ludzie, którzy odnieśli największy sukces w życiu, tak
się nie zachowują. Ona wyglądała raczej jak Oppenheimer po zrzuceniu bomby atomowej na Hiroshimę. Oto
jestem niszczycielem światów – mogła by rzec. Jedna dziennikarka, krępa brunetka, podeszła do niej.
-Pani Richtenberg, co pani myśli po tym wszystkim? – zadała jej pytanie. – Pani osiągnięcia w tym
momencie przewyższyły Carla Sagana z misjami Viking i Voyager.
-Po tylu bezsennych nocach, tylu komentarzach – stwierdzała Richtenberg – po całym tym zgiełku i
zamieszaniu chciałabym wreszcie odpocząć. Przydałby mi się długi urlop.
-A dlaczego pani tak twierdzi? Naukowcy z reguły mówią, że chcą iść dalej.
-Oni tak mówią, bo chcą zadowolić dziennikarzy takich jak pani. Chyba zasłużyłam sobie na
odpoczynek? Niesienie kaganka oświaty nad tym niewdzięcznym gatunkiem jest przecież bardzo wyczerpujące.
Chyba się pani zgodzi?
-Ależ absolutnie.
Richtenberg nałożyła kapelusz, spojrzała się w bezkres błękitu Oceanu Spokojnego, stojąc pod posągiem moai.
Minął tydzień od tamtych zajść. Od dwóch dni Richtenberg nie pojawiała się na uczelni. Wzbudzało to duże
zaniepokojenie Juana i Cezara. Przestała odbierać jakiekolwiek telefony. Nawet wiadomości na komunikatorach
pozostawały nie odebrane.
-Może rzeczywiście pojechała na urlop, jak mówiła – wspomniał Cezar, poprawiając bujną czuprynę.
-Ja to się jej nie dziwię. Taki kawał tytanicznej roboty. Za tuzin ludzi – dodał Juan. – Ona była gotowa
za tą misję wszystko poświęcić.
-A może się tam do niej przejechać, czy wszystko gra.
-Po co? Kobieta niech sobie odpocznie.-A może – masz rację. Pewnie się niedługo dowiemy, gdzie się postanowiła kręcić. O czym
wspominała?
-Ona to zawsze miała dużo planów na wakacje życia.
-Ale na pewno byłaby tropiona teraz przez miliony dziennikarzy.
-Dlatego raczej na Maderze czy na Bali bym się jej nie spodziewał. Ona to potrafiła się czasem zaszyć.
Wspominała, że doktorat kończyła pisać w Kanadzie, podawała jakieś miejscowości, Saskatchewan czy
Kolumbia Brytyjska. Jakiś środek niczego.
-Za nią to nie trafił.
-Ale za taki kawał tytanicznej roboty to się jej należy.
Rozległ się dźwięk wewnętrznego telefonu. Juan podniósł słuchawkę. Jego wyraz twarzy się zmienił,
jakby zjadł coś niedobrego. Przysiadł i upuścił słuchawkę.
-O kurwa! – tyle zdążył powiedzieć.
Stało się jasne. Amelia Richtenberg nie żyje. Została znaleziona w swoim mieszkaniu w Pasadenie. Miała
trzydzieści siedem lat. Tylko z jakiego powodu ktoś, kto przeszedł właśnie do historii popełnia samobójstwo?
Wielu mogłoby zacząć zadawać sobie to pytanie.
-No strzeliła sobie w mordę! – stwierdził Juan
-Jak to? Co? – rzucił Cezar – To mamy przesrane. Jak to wszystko wypłynie, to nas nie ma.
-A gdzie jest ciało?
-U koronera, a gdzie może być. Zleciała się już masa gliniarzy. Zaraz zaczną się pytania.
Przez duże okno zobaczyli, że podjeżdża duży czarny samochód przypominający hammera albo SUV lincolna.
Wysiadł z niego człowiek w mundurze, z baretkami i z szeregiem orderów. Mężczyzna w średnim wieku, już
nieco przyprószony siwizną.
-Jeszcze wojsko przyjechało – stwierdził Cezar
-To chyba akurat dobrze.
-Raczej bym się nie cieszył! Wyciągnie MAC10 i nas wybije, jak kaczki. Może i samą Richtenberg
sprzątnęli, a teraz idą po nas.
-To by się nie stroił w mundurek, palancie!
Widzieli jak oficer wchodzi do budynku. Chwilę później rozległ się dźwięk telefonu wewnętrznego. Przerażony
Juan rzucił się odebrać.
-Komandor porucznik Joseph Strimmer – stwierdził
Mógł tylko potwierdzić tożsamość swoją oraz Cezara. Szybko usłyszeli charakterystyczny stukot butów,
wyćwiczony wieloma latami musztry chód oficera marynarki wojennej. Wszedł do nich do izby. Oni
również stali niemalże na baczność.
-Pozwolę sobie bez uprzejmości – Strimmer zamknął drzwi – Richtenberg popełniła samobójstwo.
-Czyli wy… wy… wy jej nie zabiliście – wysyczał przerażony i dygoczący Juan, po chwili poczuł jak
przez nogawkę wylewa mu się mocz.
-Oczywiście, że nie. A wy jesteście nam potrzebni – stwierdził Strimmer – Po pierwsze trzeba opóźnić
publikację nekrologu, zadbać o to, żeby Richtenberg też jak najdłużej leżała w zamrażarce. A najlepiej, jakby się
zrobiła zielona, napuchła i trzeba by ją spalić. Prochy jest łatwiej gdzieś wywalić niż całe ciało.
-No i… – rzucił Cezar.
-Wy naukowcy to zawsze byliście cioty – stwierdził Strimmer – korona stworzenia, a jak przychodzi co
do czego, to pizdusie lejące w gacie – Spojrzał wtedy na Juana. Przeszedł później ad rem – Wiemy, że Amelia
Richtenberg urodziła się w Orenburgu jako dziecko powołżańskiego Niemca i rosyjskiej Tatarki. Wyjechała jako
nastolatka do Niemiec, gdzie skończyła politechnikę w Dortmundzie jako fizyk techniczny i geolog. Później
zrobiła doktorat z badań planetarnych w Los Angeles, po czym krążyła między Europą a Stanami
Zjednoczonymi. Stała się szybko twarzą projektu Parsifal. Pochodziło to z jej fascynacji Wagnerem i legendami
arturiańskimi. Niestety, niewiele wiemy o jej życiu uczuciowym czy erotycznym.
-Richtenberg kiedyś miała partnera, ale to było jeszcze w Niemczech – wspomniał Juan
-To i my wiemy. Tylko problem jest taki, że nie wiemy wszystkiego.
-Wy. Panowie z wywiadu marynarki – rzucił Cezar
-Milcz, panie Malinowski! Nie mów, jak się nie pytam. A zatem – Strimmer wrócił do spokojniejszego
tonu – Czy wy coś wiecie?
-Wiemy, że od szesnastego roku życia nie miała wakacji.
-Czyli ponad dwadzieścia lat pracy bez przerwy – wspomniał Strimmer – aż dziwne, że nie zbrzydła i
się nie roztyła. Ale niektórzy jak robią to, co kochają, to się trzymają.
-No dobra. Bo wiecie panowie. Jak to gówno się rozleje, to nie tylko wy będziecie mieli problem.
Także ja i wielu innych ludzi. Wymyśliliśmy zatem rolę do odegrania dla was.
-Ale my już odgrywamy rolę od dwóch lat – wspomniał Juan – Nie możecie nas gdzieś zakopać.-Pod ziemią to zawsze możemy. Widzisz tych dwóch kolesi? – Kazał spojrzeć mu przez okno. Juan
zobaczył człowieka w ciemnych okularach palącego papierosa, a obok drugiego się błąkającego
-Widzę.
-To oni mogliby tu przyjść zamiast mnie i zrobić z was rzeszoto. Ale po co? Swoją drogą, Richtenberg
też miała już dosyć teatrzyku. Nie wytrzymała. A my myśleliśmy, że jest ona twardsza, ze stali. Że ona twardsza
niż niejeden facet. A tu wyszła dupa blada. I co?
-Co mamy zrobić? – zapytał się Cezar
-Macie zagrać parę zazdrosnych kochanków. Richtenberg się w jednym z was zadurzyła, ale nie
wyszło, no i popełniła samobójstwo. Przecież sami wiecie, że jedną z tęsknot ludzi nauki jest miłość i bliskość –
wspomniał Strimmer – My już znamy wasz profil psychologiczny. Możecie zaprzeczać, ale tak jest. A to jeszcze
kobieta była. W dodatku pewnie mocno skupiona na tej nauce. No i na co jej to było?
-No i? – rzucił Juan
-To który zagra? – Strimmer zadał w sumie retoryczne pytanie – Ja bym typował ciebie, siusiumajtku –
powiedział – ty mieścisz się w stereotypie latynoskiego podrywacza. Polaczek – popatrzył na Cezara – to raczej
nie leżałby ruskiej babie. Masz szansę.
-No zgoda – Juan dygotał. Wiedział, że nie ma wyjścia. Doskonale rozumiał, że z tymi ludźmi nie ma
żartów.
-To dobra – stwierdził Strimmer – to teraz trzeba jeszcze zadbać, żeby nekrolog się nie ukazał zbyt
szybko. Ale ja tej Richtenberg to nie rozumiem. Przecież mogła do końca sobie żyć dostatnio. Ostatecznie to
byśmy jej ochronę zapewnili.
-Nie każdy może żyć w kłamstwie – stwierdził Cezar
-Ale czy nie każdy? – mówił Juan – A ci, co zmajstrowali człowieka z Piltdtown, to jakoś mogli!
Podobnie ten facet, co sfałszował Himalaje, Vi Shvar Sit Gupta. Co kiedy niejaki Talent chciał pogadać z jego
doktorantami, to jednego z nich rozjechał samochód. Jakoś mogli!
-To jest rozsądne podejście – stwierdził Strimmer – A my musimy jakoś przeżyć tą fuszerkę.
-No i co?
-Teraz rozżalony kochanek napisze ładny list do gazet. Włączając w to periodyki naukowe – rzucił
szorstko Strimmer – Na twoim miejscu już brałbym się do roboty. A ty – spojrzał na Cezara – ty, Polaczku,
masz trzymać mordę na kłódkę. Bo coś piśniesz, to jakbyś nigdy nie istniał. My o to potrafimy zadbać – później
skierował wzrok na Juana – No i co? Czy zrozumieliście reguły gry.
-Tak.
-No to się rozumiemy. W ciągu tygodnia wszystkie poważniejsze gazety mają otrzymać nekrologi
pańskiego autorstwa. Inaczej to tych dwóch znudzonych panów z wami porozmawia.
Strimmer wyszedł szybkim krokiem. Szybko zobaczyli na parkingu jego oraz tamtych dwóch. Sam
zapalił papierosa i patrzył się. Obydwaj wiedzieli doskonale, że znaleźli się pod obserwacją. Wzrok Strimmera
skierowany był w ich stronę. Wydychał w charakterystyczny sposób dym tytoniowy, jak czynią to gangsterzy na
filmach. Wsiedli wszyscy w czarnego SUV-a i odjechali.
-Amelia zagrała swoją rolę – stwierdził Cezar – do końca. Teraz pora na naszą.
-Ona to chyba zrobiła aż za dobrze.
Od dwóch lat na portalach społecznościowych krążył szereg teorii spiskowych. Twierdzono, że projekt Parsifal
stanowi fuszerkę. Należy on do kategorii deep fake, no i został spreparowany z użyciem algorytmów AI i
sztucznej inteligencji. Zwracano uwagę, że członkowie załogi nie mieli bliskich rodzin. W sumie nie powinno to
nikogo dziwić, ponieważ szybkie zrobienie kariery w nauce czy w wojsku wyklucza niejednokrotnie założenie
rodziny. Odłożone zostaje to na późno, a w nauce najczęściej kończy się na przygodnych stosunkach płciowych
w obrębie swojej własnej grupy, choć sekta byłaby lepszym określeniem.
Publikacja nekrologów w New York Times, International Herald Tribune, Science, Nature zadziałała
jak katalizator. Na Facebooku pojawiło się mrowie profili spiskowych, podobnie też na X, dawnym Twitterze.
Komandor porucznik Joseph Strimmer siedział w swoim gabinecie. Postanowił przedzwonić do pułkownika
NSA, jakiego znał pod pseudonimem John von Neumann. Korzystał z bezpiecznej linii poza możliwością
podsłuchu.
-Witaj, von Neumann – powiedział – Jesteś?
-Co tam Dragon? – użył pseudonimu Strimmera – Czyżbyś dzwonił w sprawie tych licznych wysrywów
na Facebooku?
-Tak. Zastanawiam się, czy nie powinno się wprowadzić jakiejś formy cenzury prewencyjnej. I dlatego
do was mam zapytanie, jak to ewentualnie rozegrać. Czy waszych ludzi zaangażować i czy nie pójść u siebie
gdzieś do góry, do admiralicji? Przecież zauważ. Parsifal wyszedł z atmosfery. W jonosferze zawsze jest
przerwa w nadawaniu. Później już trzeba było włączyć plan B. Za dużo wyłożyliśmy szmalu i za dużo wrzawy
medialnej. Po odpaleniu Oriona okręt się rozleciał. No i było takie pierdolnięcie, że samolot lecący na Bali

musiał lądować w Dżakarcie, tam w Indonezji mieli zorzę. Kilka satelitów telekomunikacyjnych poszło się
walić, w Australii się skarżyli, że nie mogą Eurowizji oglądać.
-A nie możecie powiedzieć, że to ruskie i chińskie trolle? – zapytał von Neumann
-Przecież był wybuch powyżej granicy atmosfery. Potężny. Złapały to detektory. Nasz HAARP na
Alasce, no i musiał to złapać polski na stacji Dobrowolski. No i Ruskie na pewno coś złapały. Stąd oni na pewno
rozpoczęli kampanię wywiadowczą celem zdyskredytowania projektu Parsifal.
-No, to chyba sprawa jasna. Przecież zawsze można powiązać pseudonaukę i teorię spiskową z ruską
dezinformacją. Przecież to tyle razy świetnie działało. Zadziała i teraz. Dragon. Chyba wiesz, co robisz. Głupi to
ty nie jesteś.
-Neumann, ale później złapali, że nieścisłości były w przekazie z misji. Co ludzie bez rodziny
pozdrawiali rodzinę?
-No słuchaj, dalszą to zapewne jakąś mieli. Chłopie. Ty żeś tylu gości puknął – od Iraku w 2003 roku
do teraz – że nagle srasz się. Przecież słuchaj, sroce spod ogona nie wypadli.
-Ten wasz superkomputer też nie zawsze był w stanie wszystko dobrze emulować.
-Można zawsze zgonić na instrumenty pokładowe. Przecież nie zawsze działają idealnie.
-Jakiś geofizyk z Czyty twierdził, że tak nie może wyglądać zorza na Marsie, jaką opisali.
-Ale to Czyta. To zadupie. Żeby to była chociaż Moskwa czy Petersburg, czy Władywostok. Dragon,
nie ośmieszaj się.
-Ale te trolle są niebezpieczne. Czy nie powinniście wyjść z jakimś prawem międzynarodowym
ograniczającym możliwość siania dezinformacji w internecie?
-Czego ty od nas wymagasz? Ja wiem, że jak to się wyda, to ty popłyniesz Dragon, ja popłynę, wielu
poleci – politycy, przemysłowcy, naukowcy, wojskowi. Wszyscy równo siedzimy w tym gównie. Ale nie sądzę,
żeby się wydało. Przede wszystkim spiskolodzy nie są groźni. To internetowi krzykacze. Wiesz, kto to jest w
realu. To są otyli brzydcy faceci dłubiący sobie w nosie, co jak widzieli cipę to na obrazku. Chyba zawsze tacy
byli dla ciebie odrażający. Czy oni mieli cechę jaką byś nazwał sprawczością?
-No nie.
-I dlatego zajmują się takimi rzeczami. Oni nie są niebezpieczni. Dlatego można ich olać. Poza tym
wiesz, zrobiliśmy tak doskonały deep fake. Ludzie uwierzą we wszystko. A są leniwi. Intelektualnie leniwi. Im
się nie chce drążyć i łączyć kropek. Ludziom można podać dowolną ściemę, jeżeli się to zrobi w umiejętny
sposób. A z nielicznych buntujących się jednostek zawsze można zrobić wariatów.
-Może masz rację.
-Słuchaj. Powie się, że oni należą do tej samej ligi, co płaska Ziemia. Zresztą powiem ci, Dragon, lepiej.
Wynajmij kilku kolesi od płaskiej Ziemi, żeby zaczęli gadać, że Parsifal to była ściema. Zaraz ośmieszysz tych
internetowych wojaków – Neumann kontynuował – A o zmianach w umowach komunikacyjnych to trzeba
pogadać.
-A co ze światem nauki? Ostatecznie ci ludzie twierdzą, że dążą do jakiejś prawdy.
-Dragon. Błagam ciebie, nie ośmieszaj się. Oni to najbardziej na świecie pragną ciepłych posadek,
kasiory i młodych dup studentek. Takie zdeterminowane okazy jak Richtenberg są niezwykle rzadkie. Ci ludzie
są wręcz odrażający sposób próżni materialistyczni.
-Właśnie o niej miałem mówić – Strimmer wspomniał Richtenberg
-Jeżeli mam ci coś powiedzieć o tak zwanej kaście naukowej. Ona to tylko czerpie z tego oszustwa
profity. Mogą znowu gadać, jaki wielki sukces odtrąbili. Znowu dostaną więcej kasiory, no i będą mogli sobie
prawdziwe haremy zakładać. My tak za najlepszych lat nie ruchaliśmy się jak te pierdoły z miękkimi chujami.
-W sumie, von Neumann nie potrzebnie zawracałem ci mandolinę.
-Drobiazg stary. Czasem największy twardziel zesra się w gacie. Bywaj, Dragon.
Strimmer rozłączył się. Zaraz potem wyciągnął z biurka karafkę. Nalał sobie starej dobrej whisky. Wyciągnął
papierosa. Zapalił. Zaciągnął się, wypił łyk trunku. Od razu poczuł ulgę.
Juan i Cezar stanęli wieczorem na plaży. Długo myśleli nad miejscem spotkania. Rozglądali się, czy nie są
śledzeni. Nie widzieli jednak nikogo za sobą. Woda była już rozświetlana przez mikroskopijne bruzdnice –
Noctiluca, obydwaj rozpoznawali tą charakterystyczną fosforescencję.
-Zrobiliśmy największy przekręt naukowy wszechczasów – powiedział Juan – razem z Richtenberg. To
większa jazda niż człowiek z Pildtown, Jan Hendrik Schön czy fałszowanie Himalajów przez Guptę. Tamte to
były zabawy dzieciaków.
-No i co? Richtenberg musiała coś zrobić. Co miałaby powiedzieć. Że panowie z Jet Propulsion Labs
czy działów R&D Daimlera i Lockheeda nie byli w stanie zrobić silnika? Jakby to świadczyło o ludziach z
literkami przed nazwiskami. Że Orion rozjebał cały okręt. No i dlatego przygotowany był plan B, z udziałem
Marynarki Wojennej, NSA oraz MI-6. Deep fake z udziałem sztucznej inteligencji na superkomputerach NSA.
Richtenberg jednak nie umiała żyć w kłamstwie.

-W przeciwieństwie do większości naszych kolegów – mówił Juan do Cezara – popatrz – oni gadają o
etyce badacza, a sami zachowują się nieetycznie, gadają o równości, a gorszy mobbing to chyba jedynie fala w
wojsku. No i koniec końców firmują ściemę. Podejrzewam, że nawet jakby wiedzieli, to firmowaliby.
-Stary. Bo to jest interes grupowy. My jako naukowcy narzekaliśmy w ostatnich dziesięcioleciach na
niedobór osiągnięć. O tym pisał kiedyś niejaki Horgan, że nauka się kończy. Że nie ma czego odkrywać. I tak
dalej. A prawda jest taka, że naukowcy zgnuśnieli i zaczęli się zajmować pierdołami. Ile razy składało się o
grant, co to tak naprawdę nikogo nie obchodziło – ani tych, co pisali, ani tych, co oceniali, ani tych co dawali
pieniądze. No i krążyło się jak gówno w przeręblu dookoła problemów bez znaczenia. A ludzie oczekiwali
rozwiązywania znaczących problemów. Przy okazji Parsifala nieraz pytano – a dlaczego tych pieniędzy nie
wydać na leczenie raka czy ochronę środowiska. Richtenberg zawsze umiała z tego błyskotliwie wybrnąć, ale to
była sztuczka retoryczna. A teraz odwaliliśmy taki numer, że nikt w naukę nie zwątpi.
-Piszą po internetach, że to ściema – stwierdził Juan
-Ale kto?! Farma ruskich trolli. Zapewne nasi koledzy z wywiadu wojskowego też biorą w tym udział.
Nikt tego nie traktuje poważnie. A człowiekowi normalnemu przywrócono wiarę w naukę. Popatrz, Richtenberg
poniekąd odniosła sukces zza grobu. Przywróciła ludziom wiarę w badania naukowe.
-Tak. I stała się bardziej znana niż Britney Spears.
Juan i Cezar rozejrzeli się po plaży. Gdzieś w oddali na horyzoncie przepływał duży waleń. Nerwowo patrzyli.
Mikroskopijne żyjątka świeciły.
-Tak. Richtenberg stała się bardziej znana niż Britney Spears – powtórzył Juan, patrząc się w jarzącą
niebiesko wodę.

Edwin Sieredziński

 

Publikacja powstała w ramach projektu “Akademia Sztuk z Szuflady Rozdział drugi” finansowanego ze środków Unii Europejskiej w ramach programu Europejski Korpus Solidarności.

Wyrażone poglądy i opinie są jedynie opiniami autora(-ów) i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy i opinie Unii Europejskiej lub Europejskiej Agencji Wykonawczej ds. Badań Naukowych (REA). Unia Europejska ani podmiot udzielający finansowania nie ponoszą za nie odpowiedzialności.


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.