Chciałabym móc zamknąć czas w butelce. Zwinąć scenę w rulon jak kartkę papieru i zatrzymać wiecznie dla siebie.
Niektóre momenty w swoim życiu chcemy zatrzymać, inne – całkowicie pominąć, niektóre zmodyfikować. A są takie momenty, z którymi nawet nie wiemy co chcemy zrobić. To jest właśnie taki moment.
Stoję na środku korytarza. Po mojej lewej stronie stoją zamknięte drzwi wyjściowe, w których przez małą szybkę widać szybko przemieszczające się płatki śniegu. Drżę, gdy mocniejszy podmuch lodowatego wiatru przedziera się przez szczelinę w drzwiach, a następnie poprzez płaty mojej rozpiętej kurtki. Ostatnie kilka dni pogoda pozostawała taka sama. Ciągła wichura zachęca do zostania w domu pod ciepłym kocem z kubkiem gorącej czekolady, a nie zamiast stania na korytarzu z masą bagażu.
Po prawej natomiast otwarte drzwi prowadzą do mojego pokoju, teraz praktycznie pustego. Oprócz (niezaścielonego) łóżka znajdującego się po lewej stronie i biurka z (porozwalanymi) książkami naprzeciwko niego, na wprost drzwi, obok kaloryfera jest duża pomarańczowa pufa do siedzenia – moje ulubione miejsce w całym pokoju. Nosi na sobie ślady niezliczonych godzin, nawet całych dni spędzonych na niej. Równie stary jest bordowy koc, który na niej leży. Kupił mi go na 12. urodziny i od tej pory koc nie opuścił naszego małego mieszkania. Tu i ówdzie widoczne są malutkie dziurki, a całość jest pełna drobnych kulek. Jego ciepło komponowało się perfekcyjnie z miękkością pufy i dobrą książką. Po latach służby przechodzą na zasłużoną emeryturę.
Będę tęsknić za tym małym pokoikiem.
Sięgam do kieszeni i wyjmuje najbardziej wartościową rzecz jaką posiadam.
Stara fotografia, która zawsze stała na moim biurku, przedstawia młodych rodziców składających się ze śmiechu. Ich szeroko otworzone usta i zamknięte oczy zatrzymane w tym jednym ujęciu sprawiają wrażenie, jakby nie mogli złapać powietrza. Po lewej stronie siedzi on, z tego co pamiętam, był wtedy w moim wieku. Ma dłuższe włosy niż obecnie, a pośrodku krótkiej grzywki widnieje blond pasemko. Przyjaciele taty często wspominają je ze śmiechem, ale ja od zawsze twierdzę, że może i wygląda śmiesznie, ale wciąż dobrze. Na jego barku opiera rękę blondynka, także zatrzymana wpół śmiechu. Jest jedną z ładniejszych dziewczyn, jakie widziałam w życiu. Oboje mają na sobie czarne koszulki z wyraźnym jasnopomarańczowym logiem koncertu, który się wtedy odbywał.
Jest to ulubione zdjęcie taty, co sprawia, że i moim. Za każdym razem, gdy na nie patrzy, uśmiecha się, przypominając sobie opowiedziany wtedy żart. Za każdym razem też pytam go, co wtedy zostało powiedziane, jednak za każdym razem odpowiada, że żart jest słaby i bardzo sytuacyjny. A kiedy tylko go dociskam i żądam odpowiedzi, mówi, że jestem za młoda. W każdą rocznicę pytam, czy może wreszcie mi powiedzieć, a on wykorzystuje tę samą wymówkę. Ale tym razem wiem, że będzie musiał mi powiedzieć. Osiemnasty rok życia oznacza, że według prawa jestem osobą dorosłą. A dzisiejszy dzień, to też koniec pewnego okresu.
Wyjeżdżam do „Wielkiego Miasta”, jak to lubimy z tatą żartować. Dostałam się na studia.
Nie będę udawać, że to Harvard czy jakiś UMCS, ale nie jest źle. Najważniejsze jest to, że idę na coś, co mnie interesuje i naprawdę chce się dowiedzieć tam jak najwięcej.
I wtedy wchodzi on – cały na biało.
– Brrrr… Ale piz… wieje. – Mówi, szczękając zębami i strzepując z siebie warstwę śniegu. Miał to w zwyczaju, wchodząc do mieszkania. Ten widok wywołałby u mnie naturalną reakcję okrzyczenia go, bo przy wyjściu zawsze robiła się kałuża. A jemu to nigdy nie przeszkadzało. Mi natomiast…
– Wiesz, że ja już nie będę tego zmywać z podłogi? – mówię, czując ulgę, że to już za mną.
– Faktycznie. Chyba będę musiał się nauczyć żyć jak człowiek. Czas najwyższy. – Rozpiął czerwoną puchatą kurtkę, pod którą była czarna koszulka z pozostałymi po dawnym wzorze jasnopomarańczowymi skrawkami. Pochylił się, aby wytrzepać resztkę śniegu ze spodni, po czym spojrzał na mnie i zobaczył obiekt trzymany przeze mnie w dłoni. Otworzył szerzej oczy.
– O nie. Zaczyna się. – Zakrył oczy, jedną ręką, a drugą ucho. – Nic nie widzę! Nic nie słyszę! Chyba starość mnie dopada! – zawodził tak przesadnym głosem.
Podeszłam do niego, próbując ściągnąć jego dłonie z powrotem w dół.
– No powiedz mi wreszcie! Jak długo możesz się ze mną tak drażnić?
– Droga Córko! Jesteś tam? Straciłem zmysły… Ohh… Czy już nigdy nie ujrzę mojego jedynego dziecka??? – nadal odgrywał swoją rolę.
Nie chciałam tego robić, ale trudne sytuacje wymagają wystawienia ciężkich dział. Sięgnęłam do jego prawej kieszeni kurtki, gdzie zawsze wkłada rzeczy i wyjęłam kluczyki do auta. Odsunęłam się kilka kroków w tył, a kluczyki obracały się wraz z brelokami na kółku wokół mojego palca.
– Nigdzie nie jedziemy, dopóki się nie dowiem. – mówię pewnym głosem.
– To ja idę na studia czy ty?
– Wyższe wykształcenie by ci nie zaszkodziło…
– Ała…
Wyciągnął rękę.
Złapałam kluczyki w garść i odsunęłam się dalej od jego dłoni.
Pokręcił głową.
Zbliżyłam fotografię do jego ręki.
Przyjął ją i dał mi znak, bym się podsunęła.
Usiadł na podłodze, naprzeciwko lustra.
Zrobiłam to samo.
– Możesz nie wierzyć, ale nie zawsze byłem takim niezwykle czarującym boskim przystojniakiem, którego masz teraz obok… – zaczął, przesadnie poprawiając sobie włosy.
Zdusiłam okrzyk, patrząc na niego otworzonymi szeroko oczami.
– Niemożliwe…
– A jednak… Wtedy byłem jedynie boskim przystojniakiem…
Nie mogłam zdusić cichego śmiechu.
– Nie miałem wielu znajomych i nie bardzo wiedziałem jak gadać z innymi ludźmi. Pewnego dnia w technikum mój wtedy najlepszy przyjaciel, który był w tej całej socjalizacji o wiele lepszy niż ja, zapytał, czy chce iść na koncert. Oczywiście, spodziewał się tej samej odpowiedzi co zawsze “Mam coś do zrobienia…”, “Nawet nie wiem kto tam gra…” albo “Ty no ale nowy Battlefield wyszedł, trzeba expa wbijać chłopie”. Ale, wbrew sobie, powiedziałem po prostu “Tak” i wsiadłem z nim do samochodu. Nie uwierzysz, jaki byłem wtedy zestresowany…
– Nie uwierzę.
– Przez całą drogę myślałem tylko o tym, co będzie nie tak: bilet będzie drogi, muzyka słaba, piwo jedynie z sokiem malinowym, nie będzie nikogo, z kim będę się tam dogadywał itp. itd. Wszystkie te negatywne myśli przelatywały mi przez głowę. A mój przyjaciel? Włączył ulubione piosenki i śpiewał całą drogę. Gdy dotarliśmy, okazało się, że mają zniżkę uczniowską, muzyka była super i co najważniejsze – mieli sok wiśniowy – zaśmiał się z własnego żartu.
Bezwstydnik.
Też tak robię.
– Wcześniej będąc w kolejce, grupka dziewczyn pomachała do naszej dwójki, w stylu “Chodź tutaj.” Spojrzałem zdezorientowany na niego. On spojrzał zdezorientowany na mnie. I podeszliśmy. Okazało się, że jedna z dziewczyn pomyliła mojego przyjaciela z kimś innym, kto także miał przyjść na koncert. Ale żeby nie robić zamieszania (no i kolejka była bardzo długa) postanowiliśmy zostać za nimi. Potem wychodząc spod sceny, zaczepiły nas ponownie, przedstawiając nas chłopakowi, z którym pomylili wcześniej mojego przyjaciela. I muszę ci powiedzieć: podobieństwo było nieprawdopodobne. Jak bliźniaki rozdzielone przy porodzie. – Zachichotał pod nosem i kontynuował uśmiechnięty, ze wzrokiem wbitym daleko za lustro przed nim.
– Co do zdjęcia… Graliśmy wtedy w jakąś głupią grę. Nie pamiętam, jak się nazywała, ale miała sprawdzić kompatybilność dwójki ludzi, czy do siebie pasują i przy okazji poznać się nawzajem trochę lepiej. Polegała na tym, że siedziało się we dwójkę i miało się aplikację z numerami 1, 2 i 3. Gdy zabrzmiało pytanie, trzeba było pokazać telefon z numerem odpowiedzi. Dostawało się punkty, gdy odpowiedzi się zgadzały. Prosta, głupia gra z rodzaju takich jak “butelka” czy inne takie. Oboje byliśmy trochę sceptyczni, ale byliśmy na koncercie, alkohol też działał swoją magię i się zgodziliśmy. Skończyliśmy w parach z wcześniej poznanymi dziewczynami. Jako nowo poznana para po czwartym pytaniu mieliśmy trzy punkty, co było dość dobrym wynikiem. Wtedy padło pytanie: “Co z tych trzech rzeczy przekonałoby cię, by zgodzić się na randkę?” Pierwszą odpowiedzią było “lista piosenek, których słucha”. Drugiej nie pamiętam, ale ostatnią było “Zdjęcie jej ubrania”. Z początku byłem zdziwiony – myślałem, że źle usłyszałem. Spojrzałem na dziewczynę obok. Miała podobny wyraz twarzy co ja. Zdezorientowanie zabawny. Poprosiłem o powtórzenie ostatniej opcji. Usłyszałem ponownie “Zdjęcie jej ubrania”. Wtedy spojrzeliśmy wprost na siebie i razem, dosłownie w tym samym momencie, wybuchnęliśmy śmiechem. To jest właśnie moment z tej fotografii. – Po tych słowach spojrzał na mnie.
…
Nie rozumiałam.
Co takiego śmiesznego jest w zdjęciu ubrania czyjejś osoby.
Nie jest to jakieś super normalne…
Ale żeby wywołało aż taką reakcję?
Jego usta drgały w oczekiwaniu, próbując nie wybuchnąć śmiechem.
Zdjęcie jej ubrania.
Wtedy zrozumiałam.
Zdjęcie.
Jej.
Ubrania.
Przywaliłam otwartą dłonią w czoło i ukryłam twarz w dłoniach.
– Boże. –
Trzymany przez niego śmiech wydostał się na wolność.
Nie mogłam w niego uwierzyć.
– Serio? – spytałam, patrząc na niego spod splecionych palców.
Odpowiedział mi tylko wzmożonym śmiechem.
– Jacy wy jesteście głupi. – powiedziałam, ale między słowa wkradł się lekki śmiech.
Zdjęcie jej ubrania.
Im dłużej nad tym myślałam, tym bardziej surrealistyczne mi się to wydawało. Po chwili nasz wspólny, niepowstrzymany śmiech odbijał się od ścian korytarza, zagłuszając wichurę na zewnątrz.
– Reszta też nie zrozumiała. – mówił, ledwo łapiąc oddech i chichotając. – Patrzyli się na nas jak na debili. Ja dosłownie spadłem z ławki i byłem na czworakach. Cały czas się śmiałem, nie mogąc się podnieść. Ona leżała na ławce i tylko przewracała się z jednego boku na drugi, trzymając się za brzuch. Nigdy przedtem i nigdy potem nie bolał mnie tak brzuch ze śmiechu, jak wtedy. Przysięgam. Kilka osób zaczęło się śmiać po prostu z naszej reakcji. – Otarł łzy z oczu. – Pierwszy zrozumiał mój wtedy-najlepszy przyjaciel. Pewnie znając moje poczucie humoru, połączył kropki. Powiedział to samo co ty i dołączył do nas. – Pociągnął nosem i spojrzał w górę, próbując się opanować. – Jedna z najlepszych nocy w moim życiu.
Chwilę minęło, zanim oboje się uspokoiliśmy.
Sięgnął po leżący na walizce pokrowiec z aparatem.
– Wiem, że może to zabrzmieć banalnie. Jak mowa starca. Ale cóż, czasem taka rola ojca, żeby potruł dupę. – Rozsunął suwak i wyjął go z futerału.
– Nie mam super opłacalnej pracy, wielkiego mieszkania, ani pozycji w ważnej organizacji. Ale za to mam wiele wspaniałych wspomnień. Z różnych okresów swojego życia. Pomimo trudności i przeciwności losu, które nieuchronnie są częścią życia, nadal je lubię i jestem ciekaw, co przyniosą kolejne lata. – Włączył aparat i zaczął bawić się ostrością. – Ludzie lubią mówić, że życie kończy się po trzydziestce. Tylko jeśli na to pozwolisz. Po kilkudziesięciu latach życia nie będziesz pamiętała wiele. Ale gwarantuję: będziesz pamiętała te ulotne, małe wspomnienia. Momenty, w których wszechświat zdaje się układać w specjalny sposób tylko dla ciebie. Momenty, które mogą mieć sens tylko dla ciebie. Będziesz patrzyła w tył w zdumieniu, myśląc, jak do nich doszło. To jest cała magia życia: czasem takie momenty się po prostu zdarzają. – mówiąc to, obrócił się w moją stronę i zrobił zdjęcie.
– Jak już będziesz sławna, może ci zaoferuje swoje usługi modelskie – puścił do mnie oczko przekazując mi aparat.
Patrząc na siebie w wyświetlaczu, nie mogę nie zauważyć, jak podobny jest mój kolor włosów do blondynki na zdjęciu.
Aparat i widok wokół niego się zamazuje.
– Tato… Ja… – Mój głos najpierw drży, a potem się kompletnie łamie.
– Wiem. – Bierze moją głowę i kładzie sobie na barku. – Ja też.
Siedzimy tak chwilę blisko siebie.
– Lepiej, żebyśmy się zbierali. – odchrząkuję, patrząc na zegar nad lustrem.
– Tak, czas najwyższy. – ociera oczy skrawkiem rękawa i wstaje.
Zbieramy powoli rzeczy pod drzwiami.
– Masz wszystko? – pyta jak zawsze.
– Chyba tak. – odpowiadam jak zawsze.
– Pamiętaj, że prawdopodobnie wrócisz tu dopiero na święta.
– Dobrze, że mam kochanego tatę, który w razie czego przejedzie kilkaset kilometrów, żeby dostarczyć mi mojego zapomnianego pluszaka. – uśmiecham się na samą myśl.
– Masz jakiegoś drugiego ojca? – pyta z zaskoczeniem.
Łapię za klamkę i odwracam się ostatni raz za siebie.
Spoglądam na nasze małe mieszkanie.
Pokój, w którym się wychowałam.
Korytarz, w którym dopiero co siedzieliśmy.
Patrzę w jego nadal lekko mokre oczy.
– Gotowa? – pyta.
– Wbrew sobie powiem “Tak”
Uśmiecha się, a ja otwieram drzwi.
Rześkie mroźne powietrze uderza w nas, gdy kierujemy się do samochodu.
***
– Ten blond kosmyk ci pasował. Myślałeś, żeby znowu go zrobić? –
– Hm, wiesz co? Jeszcze nie dopadł mnie kryzys wieku średniego, więc myślę, że idealna okazja. Będzie pasował z moim nowym Harleyem albo Lamborghini. –
– Czemu “albo”? Kup oba. Ty weźmiesz Lambo, a ja zawsze chętnie przyjmę Harleya dla siebie.
– Ty na Harleyu? Nie dałabyś radę go nawet odpalić.
– Widzisz, bo to jest część mojego błyskotliwego planu. Będę musiała znaleźć jakiegoś chłopaka, który mnie tego nauczy…
– … nawet o tym nie myśl. Nie oddam córki w obce ręce. A tym bardziej Harleya.
– Spadaj.
Podgłaśnia radio, z którego leci jedna z jego mało znanych piosenek. Śpiewam razem z nim, choć nie znam wszystkich słów. Wichura zdaje się pędzić jeszcze szybciej, wbrew pędzącemu autu. Obracam się do tyłu by sięgnąć po aparat. Wyciągam go z jednej z bocznych kieszeni torby, a za pasek się coś ciągnie. Rozplątuje oba materiały i zauważam wystający z kieszeni kawałek czarnego materiału z jasnopomarańczowymi skrawkami.
Obracam się z uśmiechem i śpiewam głośniej, robiąc mu zdjęcie.
Kolejne małe wspomnienie do kolekcji.
Wiktor Szaniawski
Sfinansowano ze środków UE. Wyrażone poglądy i opinie są jedynie opiniami autora lub autorów i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy i opinie UE lub programu Europejski Korpus Solidarności. UE ani podmiot udzielający dotacji nie ponoszą za nie odpowiedzialności.



Dodaj komentarz